John Zorn – “In Search of the Miraculous”

john-zorn-in-search-of-the-miraculous.jpg John Zorn – “In Search of the Miraculous”
Tzadik / 2010

Baśniowa wyprawa.

Nazwa tego albumu implikuje mistycyzm. Wspólnie z Zornem poszukujemy nadprzyrodzonych elementów, w czym utwierdzają nas kolejne tytuły (“Prelude: From A Great Temple”, “Sacred Dance (Invocation)”, “The Magus” czy “Mythic Etude”). Jedną z głównych ról przydzielono Robowi Burgerowi, powierzając mu partie klawiszowe. Partykularne motywy szybko znajdują drogę do pamięci długotrwałej. Istotną funkcję ma także sekcja rytmiczna, poza perkusją (Ben Perowsky) i basem elektrycznym (Shanir Blumenkranz) jest w tym gronie jeszcze bas akustyczny (Greg Cohen). Instrumentarium uzupełnia wibrafon (Kenny Wollesen) dodając głębi już i tak niezbyt prymitywnym strukturom muzycznym.

Dominuje spokój, wszak mistyczne okresy tego właśnie wymagają – pośpiech nie jest wskazany. Słuchając tej płyty możemy się oddać kontemplacji, odprężyć się. Nie oznacza to jednak, iż zaniechano patetycznych chwytów. Pomijając nazwy kawałków, podniosły wydźwięk ma na przykład “Mythic Etude” – kompozycja z nieustającym, w swej podbudowującej grze, basem. Aczkolwiek to klawisze niezmiennie kształtują atmosferę, slajdy basu tudzież pojedyncze dźwięki wibrafonu koncentrują się na tworzeniu adekwatnego echa.

Oczywiście tę metafizyczną otoczkę możemy traktować z przymrużeniem oka. Amerykanin nie nakłania nikogo do wstąpienia na magiczną ścieżkę. Raczej jest to wyraz fascynacji. Mistycy i ludzie przywiązujący wielką wagę do medytacji stanowią od dawna inspirację dla artystów reprezentujących literaturę, malarstwo czy muzykę. Zaciekawienie wynikające z egzotyczności tematu. W przypadku tego albumu źródła natchnienia są zbyt zajęte sobą, by zdradzić słuchaczom czy faktycznie zgromadzony materiał oddaje mistyczny nastrój. Niemniej przeżycia tego rodzaju są bardzo subiektywne i tym samym powinniśmy je chyba po prostu ograniczyć do wyobrażenia Johna Zorna o baśniowym świecie.

“In Search of the Miraculous” to łagodniejsza strona Zorna. Kompozytor tym razem ucieka od wielominutowego dysonansu,  materiał jest płynny i niezwykle cykliczny (efekt zastosowania preludium i postludium, odpowiednio na początku i końcu albumu). Pomimo elitarnych założeń wypływających z tematyki tego dysku, zawartość jest bardzo przystępna zarówno dla okazjonalnych słuchaczy jak i rasowych wyjadaczy.

Łukasz Stasiełowicz