Johnny Marr – “The Messenger”

Johnny Marr - “The Messenger”
Sire/ADA/2013

Laurki nie będzie.

“The Messenger” to jedna z wielu płyt, przed których przesłuchaniem podniecenie miesza się z niepokojem. Nie mogło stać się jednak inaczej, skoro zaliczenie Johnny’ego Marra do listy najważniejszych osób w historii muzyki nie będzie z pewnością przesadą. W zasadzie słowem – kluczem w tym przypadku jest właśnie ‘historia’. Do tego dość odległa, bo oto The Smiths nie istnieje już przecież od 26 lat. W tym dość długim międzyczasie Marr angażował się i dzielił swoim talentem z Electronic, Modest Mouse, The Cribs i wieloma innymi projektami. Najwyraźniej w pewnym momencie Marrowi znudziło się bycie sesyjnym muzykiem i uznał, że warto spróbować na własną rękę. Niestety, wyszło przeciętnie i stanowi niejako potwierdzenie faktu, iż decyzja o solowej karierze bardzo rzadko przynosi pozytywne rezultaty.

Płyta w zamierzeniu miała być ukłonem dla starszych fanów, ale to właśnie oni mogą poczuć największy zawód. Na “The Messenger” Marr stara się zaserwować wszystko to, z czego był do tej pory znany. W rezultacie otrzymujemy materiał dość przewidywalny i nudny, pozbawiony niezbędnego błysku. Jeśli już pojawiają się rozkładające na łopatki momenty przez duże “M” (wstęp do “European Me” i “The Messenger”, wstawka gitarowa w “Upstarts”), to szybko pozytywny efekt zostaje zepsuty. W konsekwencji płyta wydaje się zbyt długa i rodzi się przekonanie, że od takich osób jak Marr powinno wymagać się zdecydowanie więcej. Nie będzie przesadą stwierdzenie, iż żaden z utworów nawet nie zbliża się do poziomu tych słabszych piosenek The Smiths. Nie sposób również nie zauważyć, iż wokal Marra w pewnych momentach brzmi komicznie (refren “I Want the Heartbeat”), a na samą warstwę liryczną najlepiej zarzucić zasłonę milczenia. Kolega sprzed lat radzi sobie na scenie zdecydowanie lepiej.

Z tą płytą jest tak jak z dylematem: “Jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca”. Niby duch The Smiths jest tutaj wyczuwalny i w zasadzie takie osoby jak ja powinny padać na kolana. Maski ultrasa nie będę jednak zakładał i klękać też nie jestem w stanie.  Pomnik stoi tak jak stał, ale raczej tylko za dawne zasługi.

Michał Stępniak