Relacjeprzemek

Jordan Reyne zagrała w Łodzi Kaliskiej

Relacjeprzemek

Jordan Reyne zagrała w Łodzi Kaliskiej
19.02.2014/Łódź

Rewelacyjny i za krótki koncert nowozelandzkiej artystki.

Jordan Reyne dwa lata temu mogliśmy usłyszeć w Łodzi na festiwalu Soundedit. Tym razem powróciła na kameralny, klubowy koncert w Łodzi Kaliskiej. Przed niewielką publicznością zaprezentowała głównie kompozycje z najnowszego krążka “The Annihilation Sequence” oraz wydanej w ubiegłym roku EP-ki “Live & Looped”. Swoją muzyką zdecydowanie oczarowała słuchaczy, którzy nie pozwolili artystce szybko uciec ze sceny.

W niewielkiej przestrzeni Kaliskiej, przy doskonałym nagłośnieniu, jej kompozycje robiły olbrzymie wrażenie. Zarówno te spokojne i “ciche”, dla których bazą i rozwinięciem był głos wokalistki powielany i zapętlany po wielokroć, co pozwalało na wydobycie jego złożoności, wszechstronności i głębi, jak i zdecydowanie bardziej dynamiczne i krzykliwe. W przypadku Reyne nigdy nie jest to jednak krzyk niepotrzebny, będący zbędną nadekspresją; zawsze jest uzasadniony. Wyjątkowo ciekawie brzmiały takie kompozycje jak “The Washing Machine Song” czy “Factory Nation”, gdzie zapętlone, mechaniczne, “stalowe” i wydawałoby się – zbyt głośne – dźwięki, odbijając się od ścian, wwiercały się w uszy, a przed oczy nasuwały obrazy fabrykanckiej Łodzi sprzed kilku dekad. Do tego silny, ale stonowany głos Reyne brzmiał tak magicznie, że można by słuchać go godzinami. Doskonale sprawdzał się także w kompozycjach nawiązujących do muzyki celtyckiej, brzmiących baśniowo i jednocześnie mrocznie. Skojarzenia z baśniami braci Grimm są jak najbardziej wskazane.

Sama wokalistka także wyglądała jak jedna z ich postaci – maleńka kobieta w olbrzymich gotyckich butach i futrzanej czapie, sama na scenie, czarująca głosem i tym, co potrafi zrobić z dźwiękiem. Reyne magnetyzowała także słuchaczy historiami, które opowiadała pomiędzy kolejnymi utworami. Mówiła o historii powstania niektórych utworów, ich tekstach, o Nowej Zelandii, a także o swoim życiu prywatnym czy poprzednich koncertach granych w Polsce. Pochwaliła się również umiejętnością liczenia do dziesięciu po polsku. Zrobiła to z taką gracją i urokiem, że ktokolwiek czułby wcześniej opory przez zapałaniem sympatią do tej, z pewnością przełamał lody.

Sandra Kmieciak