Julia Holter – “Have You in My Wilderness”

Julia Holter – “Have You in My Wilderness”
Domino/2015

Klękajcie narody.

Niewielu jest artystów, których rozwój przybiera wspaniałe i intrygująca oblicze. Niewielu jest także artystów, których kolejne ruchy śledzę bez żadnych obaw o efekt i nie boję się przy okazji o przerost ambicji. Julia Holter, wykształcona i nieustannie poszukująca artystka, w tej grupie znajduje się od kilku lat. Przy okazji najnowszego albumu “Have You in My Wilderness” jednak w pewien sposób przesadziła. Część odbiorców może wprawdzie uznać, że Julia Holter porzuciła lepszą drogę i dążenie w kierunku absolutnej awangardy na rzecz muzyki pop, ale to już problem tej mniejszości. Artystka zawsze dawała przyjemność, ale teraz osiągnęła w tym aspekcie apogeum. Zaprosiła słuchaczy do swojego świata i trzeba doprawdy dużo złej woli, by temu nie ulec.

Na “Have You in My Wilderness” Holter, jak na poprzednich płytach, ucieka od banalnych rozwiązań, zarówno pod względem aranżacyjnym, jak i wokalnym. Tym razem artystka zrezygnowała z albumu stricte tematycznego. Na poprzednich odwoływała się do Eurypidesa czy powieści i musicalu z lat 50. “Gigi”, zaś na swojej czwartej płycie każda z piosenek tworzy niejako osobną historię. Osobistą historię. Znamienne okazują się słowa samej Holter, która w jednym z wywiadów wyznała, że w czasie nagrywania poprzedniego albumu “Loud City Song” wyobrażała sobie, że śpiewa dla szerokiej publiczności, a w przypadku “Have You in My Wilderness” czuła jakby śpiewała dla jednej osoby. Tę intymność słychać doskonale.

Atrakcji jest tutaj mnóstwo i nie wiążą się one jedynie z bogactwem użytego instrumentarium. Nie tylko fragmenty urzekają i nie chcą wyjść na długo z głowy, ale całościowo Holter proponuje czyste piękno. Dopracowane do ostatniego szczegółu. Takie, do którego chce się wracać. Przez kilka dni słuchanie jakiejkolwiek innej płyty stanowiło dla mnie spore wyzwanie, bo odczuwałem najzwyczajniej tęsknotę za “Have You in My Wilderness” i wydaje mi się, że tego typu uczucie nie będzie obce wielu innym słuchaczom.  Takich utworów jak “Sea Calls Me Home” czy “Silhouette” można słuchać wręcz na kolanach.  Wskazać inspiracje jest zadaniem niezwykle trudnym, bo artystka łączy w tym aspekcie liczne tradycje, podobnie obracając się w wielu stylistykach, tych bardziej współczesnych, jak i sprzed kilkudziesięciu lat. Można przywołać Kate Bush, muzykę klasyczną, ambient czy pop z lat 70., ale w żaden sposób nie daje to obrazu całości. Materiał niezwykle ambitny okazuje się przyswajalny już za pierwszym podejściem. W działaniach Holter zauważalna staje się więc pewna odwaga, ale i swoboda czy lekkość, które sprawiają, że efekt zapiera nieustannie dech w piersiach.

Niewątpliwie Julia Holter ma jeszcze wiele pięknych płyt przed sobą. Być może “Have You in My Wilderness” to jej opus magnum, ale nie można wykluczyć, że następnym razem zaskoczy jeszcze bardziej. W najbliższych tygodniach pojawią się obiecujące i długo oczekiwane albumy innych artystów, ale coś mi się wydaję, że poprzeczka zawieszona została przez Julię Holter zbyt wysoko. Dla mnie płyta roku.

Michał Stępniak