Relacjeprzemek

Julia Marcell w Tomaszowie

Relacjeprzemek

Julia Marcell w Tomaszowie
Tomaszów Mazowiecki/28.03.2012

Na tym koncercie zaufałem “najbledszej dziewczynie, o najbledszym sercu”. Czy to prawda, że one nie odwzajemniają uczuć? Dramaturgia tomaszowskiego występu Julii Marcell udowodniła coś zupełnie odwrotnego.

To nie był kolejny zwykły występ na trasie promującej jej ostatni album zatytułowany “June”. Odbył się w sali ośrodka kultury Tkacz, dzięki staraniom prężnie działającego Stowarzyszenia Inicjatyw Kulturalnych “Trzcina” w ramach cyklu “SPO-Tkania”. Celem stowarzyszenia jest edukacja teatralna, literacka, fotograficzna, plastyczna, filmowa i muzyczna, a w materii muzycznej Julia tka znakomicie. Czego dowodem jest zdobycie Paszportu Polityki oraz nominacje do tegorocznej nagrody Fryderyk aż w siedmiu kategoriach.

Julia rozpoczęła koncert od zaśpiewania a cappella “Accordion Player”, który to utwór płynnie przeszedł w “Outer Space” z pierwszej płyty “It Might Like You”, nagranej dzięki wsparciu internautów korzystających z serwisu Sellaband. Te dwa utwory stanowiły wspaniałe wprowadzenie do nastroju tego wieczoru. Mocno basowy wstęp kontrastował tutaj z delikatniejszą, końcową częścią utworu. I taki też był cały koncert, podczas którego Julia rozwinęła całą paletę emocji, począwszy od melancholii, a na niczym nieskrępowanej radości skończywszy.

Początkowo dało się zauważyć stopniowe oswajanie publiczności, wśród której było dużo dzieci, cieszących się darmowym wstępem (spory ukłon w stronę organizatorów). Zasłuchani w pierwsze piosenki fani, jakby nie śmieli zmącić przestrzeni pomiędzy zespołem a widownią, być może bojąc się wkroczyć na terytorium należące do zespołu. Na szczęście pierwsze, wzajemne onieśmielenie minęło bardzo szybko i po drugim utworze Julia panowała niepodzielnie nad publicznością. Pierwsze lody zostały przełamane, a atmosfera była tak gorąca, że zespół bisował dwa razy. Wokalistka pod koniec występu zbiegła ze sceny i tańczyła wraz z publicznością.

Muszę tutaj wspomnieć o zabawnym zdarzeniu. Mniej więcej w połowie koncertu, jeszcze w trakcie brawurowo wykonanego “I Wanna Get On Fire”, Julia zniknęła ze sceny, by pojawić się ponownie, ale w towarzystwie zabawkowych koników, które zabłąkały się w garderobie tuż po wcześniejszych zajęciach dzieci. Stało się to pretekstem do wykonania rozimprowizowanej wersji “Dancer”. Wokalistka “osaczona” przez małe koniki, które zbliżały się do niej (przy “skromnym” udziale basisty – Thomasa Merkela), z każdą chwilą, gdy tylko się od nich odwróciła, zaczęła śpiewać tekst o smutnych losach odrzuconej miłości zielonego konika. Wyjątkowe poczucie humoru wokalistki dało o sobie znać jeszcze kilkakrotnie, a Mandy Ping-Pong (altówka) wręcz zanosiła się śmiechem.

Julia Marcell nie jest już ani trochę lekko onieśmieloną dziewczyną, której występ pamiętam z Open’era 2010. To sprawująca całkowitą kontrolę nad publicznością profesjonalistka potrafiąca w pół sekundy spowodować, że cała sala jest jej. Autentyczna w intymnie brzmiących kompozycjach takich, jak przepięknie wykonane “Twin Hearts” z EP-ki “Storm”. Julia sama, statyczna na scenie przywodziła tutaj na myśl krótkie, koncertowe przerywniki Tori Amos z cyklu Roadside Cafe, wykonywane na przykład podczas trasy Lottapianos Summer Tour w 2003 roku. Świetna we wzbogaconych o elektroniczne, przestrzenne brzmienia utworach z nowej płyty jak na przykład “Shhh” czy “Echo”, które nie tylko mnie zapadło w pamięć po tym koncercie. Wykonany na bis “Ctrl” wbił w podłogę nawet najbardziej opornych, a pochodząca z pierwszego albumu piosenka “Carousel” pięknie wyciszyła wszystkie emocje.

W przypadku Julii Marcell, “najbledszej dziewczyny, o najbledszym sercu”, nic nie jest bardziej pewne oprócz tego, że na naszej scenie muzycznej pojawił się talent, o który trzeba dbać.

Radek Chudzik
photo by Sandy Worm