Kaiser Chiefs – “Education, Education, Education & War”

Kaiser Chiefs – “Education, Education, Education & War”
Caroline International/2014

Gniewni patrioci.

Do najnowszego wydawnictwa panów z Leeds podchodziłam z dużą dozą niepewności, ale i naiwną nadzieją, że “teraz będzie lepiej”. Grupa, jak każda “szanująca” się kapela rockowa, przeżywała swoje wzloty i upadki – od świetnego, energetycznego debiutu “Employment”, po nieco przearanżowany i nieprzebojowy “The Future Is Medieval”. Na dodatek, nowy materiał został przygotowany już z nowym perkusistą Vijayem Mistry’m. Zastąpił on współzałożyciela zespołu Nicka Hodgsona, który w 2012 roku opuścił szeregi kapeli. Narastały obawy, że Brytyjczycy, którzy w 2010 roku dali sobie rok przerwy, by rok później przedstawić nieudany “The Future…”, mogą już nie zawojować serc stałych fanów ani nie przysporzyć sobie nowych słuchaczy. A jest zgoła inaczej.

Najnowszego, piątego krążka słucha się podobnie, jak płyty debiutanckiej. Z wypiekami, fascynacją i zaskoczeniem. Ale nie zawsze uczucia te mają pozytywne zabarwienie. Bo choć nie brakuje szalenie melodyjnych, energetycznych i nośnych refrenów, podsycanych zadziornymi gitarami, to przytrafiają się “zaskakujące” mielizny. Jest ciekawie, ale nie rewelacyjnie.

Zaczyna się wręcz genialnie: “The Factory Gates” z interesującym, nieco celtyckim motywem dźwiękowym (podobnie rzecz ma się w “Cannons”). Utwór otwierający “Education…” zaraża post-punkową energią, rytmicznymi klawiszami, świetnie komponując się z nieco “wykrzyczanym” wokalem Ricky’ego Wilsona. Po żywiołowej “jedynce” następuje zwolnienie tempa w “Coming Home“. Panowie prezentują swoją dojrzalszą i mniej chaotyczną naturę. To piosenka, której można, a nawet trzeba nadać drugie dno, zwłaszcza gdy słucha się słów: And we’re choosing not to make that choice, And we lose our shoes and voice. But we have a lot of fun on the way, you wanna play? You gotta come! Ta rozmarzona maniera powróci w wieńczącym album utworze, pop-rockowym “Roses”.

Początek świetny, ale w ciągu 10 piosenek już tak dynamicznie ani “dobrze” nie jest. Nie brak utworów nieco przygasłych, trochę nudnych, jak choćby “Meanwhile Up In Heaven“, choć podobać może się tutaj oldschollowy klimat lat 80. Nie zachwyca też “My Life”, właśnie poprzez trochę patetyczną manierę i brak urozmaiconej aranżacji. Samą jednak piosenkę należy potraktować jako swoisty protestsong, w którym wokalista wyraża stanowczo swoje przekonania i potrzeby.

To płyta zbudowana zarówno z kawałków energicznych, optymistycznych, jak i nostalgicznych. Tak jak zbudowany jest świat, o jakim śpiewa Ricky Wilson. Następny w kolejce “Cannons” rozpoczyna się progresywnie, by później przejść na typowy dla Kaiser Chiefs indie. To kolejny ciekawy kawałek tego wydawnictwa, bo bogaty jest w zmiany wokalu oraz tempa. I przewija się się w nim meritum całego albumu, jak i jego tytuł, udowadniając, że jest ona zaangażowana społecznie. Bo tytuł najnowszego krążka odnosi się do słów Tony’ego Blaira z 1997 roku, z czasów jego kampanii wyborczej, kiedy to powtarzał “Education, education, education”. Słowo “War” zostało przez zespół dodane, jako “prztyczek” do polityki prowadzonej po 2001 roku, kiedy to Wielka  Brytania zaangażowała się do walki z terroryzmem. Punkowo jest jeszcze na “Ruffians On Parade” i “One More Last Song”, na których fajnie udała się współpraca perkusji i gitary.

Przy tworzeniu materiału pomagał grupie Ben H. Allen III (pracował m.in. z Gnarlsem Barkley’em i Animal Collective) oraz Fraser T Smith, producent, który współpracował m.in. z Adele i Samem Smithem. Udał się na pewno zespołowi chwyt związany z zainteresowaniem wokół nowego krążka. Wokalista, Ricky Wilson, ogłosił, że zostanie jednym z trenerów brytyjskiej edycji programu “The Voice”. Po to, jak sam przyznał, aby wzbudzić większe zainteresowanie wokół piątego albumu zespołu.

Najnowszą płytę, mimo iż zbudowana jest z elementów z jakich poznaliśmy zespół przy pierwszych dwóch wydawnictwach, można nazwać krokiem do przodu, ponieważ między rokiem 2011 (“The Future…”) a 2014 jest mała przepaść, jeśli chodzi o jakość nagrań. Spółka z KC korzysta z tego, co dobre, znane i lubiane. I nie jest wcale tak, że trzeba na siłę brnąć w ewoluujące gatunki muzyczne. Ani nie jest tak, że należy bać się im sprostać. Panowie z Kaiser Chiefs postawili na przypomnienie i odświeżenie dobrych czasów, wzbogacając warstwę tekstową. Album może i nierówny, ale cieszmy się tym, że zespół “przełamał” równię pochyłą, po której ostatnio grywali i odbił się ku wyższym szczeblom. Chłopaki na pewno nie powiedzieli ostatniego słowa.

Ilona Nieroda