Kamp! – “Kamp!”

Kamp! – “Kamp!”
Brennnessel/2012

Gdzieś między Kairem, Meksykiem a Lizboną.

Kiedy przez dwa lata zapowiadali, że wydadzą tę płytę już niedługo, już za chwilę… obiecałam sobie, że przy recenzji, jaka by ona nie była, wytknę palcem wszystkie te falstartowe zapowiedzi, wszystkie trzepotania serc fanek i obietnice. Ale nie wracajmy do przeszłości. Choć będzie trudno, bo poza nowymi kawałkami na płycie znalazły się te znane już utwory zespołu, jak “Distance of the Modern Hearts” czy “Heats”.

Doczekaliśmy się niedoczekiwalnego. Zapowiadana od dwóch lat, oczekiwana od czterech. I choć może część fanów zdążyła się znudzić i założyła, że zespół szybciej wyczerpie tematykę, w jakiej tworzy niż wyda coś więcej niż EP, to panowie, jak zwykle, zagrali na nosie nam wszystkim. Ominęli wytwórnie, szał prasowy z tym związany… a gdyby sami zajęli się dystrybucją, może nie wyglądałoby to tak, jak wyglądało w dniu premiery.

Jeśli ktoś zakładał, że płyta będzie brzmiała tak jak zespół gra na koncercie, to się przeliczył. Jeśli ktoś zakładał powtórkę “Thales One”, to się zdziwi. W porównaniu z energetyczną bombą, jaką panowie odpalają na koncercie czy bardziej tanecznymi kawałkami wypuszczanymi wcześniej, płyta jest spokojna, ciągnie się leniwie przez 11 utworów, gdzie jeden nachodzi na drugi, a słuchacz udaje się w egzotyczną podróż. I tak jak “Distance of the Modern Hearts” kojarzyło mi się z kosmosem, tak tutaj zatracam się w drodze i upale gdzieś między Kairem a Lizboną. Jest gorąco, jest leniwie, a rytm dudni w lesie deszczowym.

Dance’owy zespół ujawnia tu swoją romantyczną twarz. Słuchając “International Landscapes” czy “New Frontier” (swoją drogą ta druga jest moim osobistym faworytem i emocjonalną perełką na płycie) nasuwają się automatycznie skojarzenia z muzyką Washed Out, choć dotychczasowe pojmowanie Kamp! jako zespołu czerpiącego garściami z muzyki lat 80., nadal się wyraźnie przebijają (“Can’t You Wait”).

Ta płyta była tworzona przez dwa lata. Dwa lata niezwiązane z niskimi finansami, brakiem współpracy czy brakiem czasu. To były dwa lata mozolnego układania dźwięków, prób, potrzeby dorównania jakości utworów wygórowanym ambicjom każdego z trzech członków zespołu. Tu nie ma zbędnych dźwięków. Nie ma słabych kawałków ani zapychaczy. Jeśli nawet coś słuchaczowi nie pasuje, to jest to prawdopodobnie po to, żeby nie pasowało. Ma budzić niepokój. Momenty ciszy też są ciszą zamierzoną. Jest doskonale.

Maria Grudowska