Kanye West – “Yeezus”

Kanye West - “Yeezus”
Def Jam/2013

Żadna bufonada.

W momencie, gdy po raz pierwszy pojawiły się zapowiedzi “Yeezus” można było spodziewać się jednego – nie ma większych szans, by Kanye West zaproponował coś tak wybitnego jak poprzedni solowy album “My Beautiful Dark Twisted Fantasy”. Trudno też było sobie wyobrazić jak w wykonaniu rapera może wyglądać obiecywany “minimalizm” (choć pierwszym tropem okazała się niesamowicie oszczędna okładka). Kiedy docierać zaczęły informacje o tym, że w ostatnim etapie tworzenia materiału konieczne stało się przyspieszenie tempa pracy, to o efekt finalny można było się już bać. Prawda jest jednak taka, że Kanye West nie jest artystą, który pozwoliłby sobie na totalną żenadę, ale “Yeezus” to, biorąc zwłaszcza pod uwagę poziom poprzednich albumów, jednak delikatne potknięcie.

Po pierwszym odsłuchaniu albumu odpowiednią reakcją wydaje się szok. Dość, że płyta jest dziwna, to jeszcze trwa zaledwie 40 minut (czyli o pół godziny krócej niż poprzednia). Warto jednak zauważyć, iż dawka jest optymalna, bo granica, za którą materiał odbierać można jako torturę, znalazła się niebezpiecznie blisko. “Yeezus” to płyta aspirująca do miana eksperymentalnej (złośliwi stwierdzą, że bardziej chodzi tu o niedopracowanie i poszukiwanie łatwych rozwiązań).

Uderzająca w ucho elektronika, krzyki i przedziwne efekty spotykają się z fortepianem, delikatnymi bitami czy ciszą. Sam zainteresowany określił się jako artystę uprawiającego gatunek “black new wave”. Nie za bardzo wiem, co może się kryć pod tym sformułowaniem, ale zapewne wkrótce pojawią się liczni naśladowcy i prawda stanie się jaśniejsza. Póki co należy stwierdzić, iż na “Yeezus” mamy niejako do czynienia z agresywnym rapem, w którym pojawiają się elementy muzyki industrialnej, house, punk rocka, a i nie będzie przesadą przywołanie dancehall. “Yeezus” w konsekwencji nie jest płytą, w którą da się wgryźć za pierwszym razem. Potrzeba czasu, ale wraz z jego upływem zauważalny staje się dość nierówny poziom, bo obok utworów udanych (“Black Skinhead”, “New Slaves”), zdarzają się takie, które nie do końca nadają się do wielokrotnego odsłuchu (“Hold My Liquor”, “I’m In It”).

Kanye West tym razem postanowił zostać jedyną ważną postacią materiału i uczestnictwo gości nie jest tak wszędobylskie jak poprzednim razem. Nie zabrakło wprawdzie znanych nazwisk i starych, dobrych znajomych, ale o obecności kilku z nich możemy się w zasadzie dowiedzieć jedynie z listy płac. Wśród gości odnaleźć można Franka Oceana, Kid Cudiego czy Justina Vernona (Bon Iver). Za produkcję odpowiada przede wszystkim Rick Rubin, zaś swoje cztery grosze dołożyli między innymi panowie z Daft Punk.

Jego artystowska bufonada zdaje się sięgać granic absurdu – pisze Robert Sankowski w recenzji zamieszczonej w “Gazecie Wyborczej” i tego typu opinia dziwi mnie jeszcze bardziej niż najwyższe noty dla albumu (ciekawe, że Jacek Skolimowski w “Newsweeku” najnowszą płytę Jaya-Z nazywa “raperską bufonadą”). Brzęczenie, trzeszczenie czy zgrzytanie na “Yeezus” stanowi bowiem raczej nie bufonadę, ale poszukiwanie nowych form. Oczywiście, końcowy rezultat może się podobać lub nie. Gdyby West stosował takie rozwiązanie po raz kolejny, opinia Sankowskiego byłaby zdecydowanie bardziej zrozumiała. Wydaje się jednak, że dziennikarz “Wyborczej” i jemu podobni nie potrafią już oddzielić życia prywatnego artysty od muzyki, jego słów wypowiadanych w wywiadach od tego, co proponuje na płytach. Granica absurdu zostałaby przekroczona dopiero wtedy, gdyby West zaproponował tym razem materiał, w którym podkładem przez 40 minut byłyby odgłosy śpiewających ptaków czy jęczących kobiet. Tutaj ciągle jest to jednak muzyka. Bezsensem byłoby jednak wymagać tylko i wyłącznie singli czy melodii od Westa. Miał ochotę poeksperymentować? Proszę bardzo. Nie wyszło to najgorzej. Osobiście jednak też zdecydowanie wolę Westa w tym nieco bardziej popowym wydaniu i życzyłbym sobie powrotu do tego typu strategii działania.

Zgadzam się natomiast z wielokrotnie powtarzaną opinią, że jednym z największych problemów “Yeezus” są teksty. Zgodnie z tradycją – warstwa liryczna u Kanye Westa nie jest na najwyższym poziomie, ale, niestety, zauważalne stało się obniżenie formy. West od kilku lat ciągle w zasadzie mówi o tym samym, ale przy użyciu nieco innych metod. Tym razem kilkakrotnie ociera się o gigantyczny banał. Mamy więc kolejną część rozważań o rasizmie, konsumpcjonizmie czy seksie oraz kilka wycieczek o charakterze typowo egocentrycznym. Jak zwykle czasami przesadza (Eatin’ Asian pussy, all I need was sweet and sour sauce), ale należy też zauważyć, iż bywa i błyskotliwy w charakterystyczny dla siebie sposób (I don’t give a damn if you used to talk to Jay-Z, He ain’t with you, he with Beyoncé, you need to stop actin’ lazy).

Kanye West, w przeciwieństwie do wielu innych raperów, nigdy nie nagrywa identycznych płyt. Tym razem podjął spore ryzyko, zdecydował się na eksperyment i w konsekwencji zgodnie z przewidywaniami totalnie podzielił środowisko. Taka strategia wydaje się słuszna i interesująca, ale do czasu… Kolejna płyta to będzie wyzwanie chyba zdecydowanie trudniejsze, prawdopodobnie najtrudniejsze w całej dotychczasowej karierze. Może być jednak tak, że to Kanye West ma rację, a ścieżka obrana na najnowszym albumie dokądś prowadzi i następnym razem znajdę kolejny argument potwierdzający tezę, że mamy do czynienia z geniuszem.

Michał Stępniak