KASMs – “Spayed”

kasms-spayed.jpg KASMs – “Spayed”
Trouble Rec./Desire Rec. 2009

Post-punkowemu zespołowi, który nie podlizuje się indie-rockowej publiczności, udało się zrobić furorę w komercyjnych mediach. Czyli jednak jeśli się chce, to można?

Ubiegły rok był całkiem niezłym rokiem dla post-punka. Swoje pełnowymierowe debiuty wydały między innymi Project:Komakino, Object, Varsovie czy Fangs On Fur, z udanymi albumami powróciły takie zespoły, jak The Horrors, De Volanges czy Katzenjammer Kabarett. Nawet w Polsce płyty wydały Cieplarnia i Made In Poland. W Wielkiej Brytanii i USA furorę zrobili z kolei KASMs, którzy u nas wciąż są – niestety – praktycznie kompletnie nieznani. Nawet mimo faktu, że zespół zebrał bardzo pochlebne recenzje w NME i innych mainstreamowych czasopismach.

KASMs to dwie dziewczyny i dwóch chłopaków, dodam, że cała czwórka jest dość młoda. Powstali pod koniec 2007 roku, a w 2009 wydali swój pełnowymiarowy debiut, zatytułowany “Spayed”. Bezwstydnie czerpią inspiracje z dwóch podstawowych źródeł – pierwsze z nich to stary, dobry, mroczny post-punk w stylu Siouxsie and The Banshees czy Bauhaus. Drugie to z kolei zespoły, które na początku obecnego stulecia ożywiły scenę post-punkową i deathrockową – zwłaszcza te prowadzone przez kobiety, takie jak The Vanishing, Veronica Lipgloss and The Evil Eyes czy Subtonix. To pozwoliło stworzyć mieszankę wybuchową – pełen energii album, obok którego nie powinien przejść obojętnie żaden fan post-punka. Każdy z utworów żyje własnym życiem i jest potencjalnym koncertowym hitem, wystarczy zresztą poprzeglądać teledyski KASMs (powstały trzy oficjalne – do “Male Bonding”, “Taxidermy” i “Bone You”).

Pomimo oczywistych, wymienionych wyżej inspiracji, KASMs wypracowali własny styl, który da się rozpoznać na kilometr. Na pewno składa się na niego mocny wokal Rachel Mary Callaghan i szalone, energetyczne kompozycje, za które odpowiedzialny jest gitarzysta Scott Walker. Za granicą zyskali już uznanie – czy w Polsce również im się to uda? Moim zdaniem jak najbardziej na to zasługują – chyba nawet bardziej niż ich znajomi z wytwórni, Crystal Castles.

KASMs nie złapią cię za rękę, by wyznać miłość, prędzej wcisną w tę rękę butelkę z wódką i zaproszą na dziką imprezę. Polecam zwłaszcza tym, których nudzi ugrzeczniony, wypieszczony i studyjnie wygładzony post-punk rodem z MTV2.

Michał Karpowicz