Relacjeprzemek

Kayah Transoriental Orchestra w Wytwórni

Relacjeprzemek

Kayah Transoriental Orchestra w Wytwórni
Łódź/17.01.2014 r.

Od Copacabany do Jerozolimy w półtorej godziny.

Nowy album Kayah uwiódł mnie jeszcze przed premierą. Gdy w jednym z wywiadów z artystką przeczytałam, że pracuje nad materiałem oscylującym wokół muzyki etnicznej, którą pragnie spleść w buzującą energią całość z muzyką żydowską, zaczęłam niecierpliwie odliczać dni do ukazania się albumu na sklepowych półkach, bo wiedziałam, że muszę go mieć. Muzyczne poczynania wokalistki śledzę mniej więcej od momentu ukazania się krążka “Kamień” i przyznam, że rzadko byłam zawiedziona tym, co usłyszałam. Nie będę oryginalna, jeśli napiszę, że swego rodzaju przełomem była współpraca z Bregovicem i jej efekt – płyta “Kayah i Bregović”. Ale podczas gdy znaczna część rodaków doceniła nie tyle cały album, co utwór “Prawy do lewego”, w którego rytmie doskonale można zalewać się w trupa na weselach, dla mnie większą wartość miał fakt, że znane mi także w oryginale piosenki jugosłowiańskiego kompozytora zostały świetnie przełożone na język polski i rewelacyjnie zaśpiewane przez Kayah, która sprawiała wrażenie idealnie odnajdującej się w niszowym wówczas nurcie muzyki etno. Swoim upodobaniom dawała później wyraz wiele razy, aż wreszcie owe muzyczne poszukiwania zawiodły ją na ścieżkę muzyki żydowskiej, arabskiej, bałkańskiej, latynoskiej, a ich owocem jest “Transoriental Orchestra”.

Przed wybraniem się na koncert, płytę przesłuchałam kilkanaście razy. Obawiałam się, że jak to często ma miejsce – im wyższe będą moje oczekiwania, tym większy będzie zawód. Ale nie tym razem, płyta brzmi rewelacyjnie. Jest to co prawda swoista homogenizacja muzyki żydowskiej, której celem jest przybliżenie tego niełatwego gatunku szerszej publiczności i zaaplikowanie go w sposób bezbolesny, ale Kayah robi to na szczęście ze stylem i smakiem. Osobiście nie mam nie przeciwko, jeśli muzyka rozrywkowa ma brzmieć w ten sposób. Choć po koncercie i tak muszę przyznać, że to co słychać na płycie to szczyt góry lodowej w porównaniu z wykonaniem na żywo.

Duża sala Wytwórni wypełniła się po ostatnie miejsca, publiczność ze zniecierpliwieniem czekała na wyjście muzyków. Ci nie od razu pojawili się na scenie. Koncert rozpoczął się od projekcji teledysku do utworu “Muszlo moja”. Przez resztę wieczoru na ekranie także wyświetlane były ciekawe wizualizacje, dobrze komponujące się z muzyką. Trudno jednak było dłużej zatrzymać na nich wzrok, bo to, co działo się na scenie było zdecydowanie ciekawsze. Spore grono muzyków, oryginalne instrumentarium i przede wszystkim pełna energii, barwna Kayah. Oprócz utworów z najnowszego krążka można było usłyszeć także kompozycje z płyty “Kayah i Bregović”: “100 lat” oraz “Jeśli Bóg istnieje”. Kayah pomiędzy kolejnymi kawałkami przedstawiała zespół, wplatając nazwiska w wypowiedzi dotyczące ksenofobii, fałszywego patriotyzmu czy różnorodności ras, wyznań i kultur na świecie, która sprawia, że jest on ciekawszy i piękniejszy. Przyznaję, że w tej oprawie i z tą muzyką w tle, brzmiały one nad wyraz szczerze. Na deser publiczność usłyszała jeszcze kompozycje “Ciri Bim”, “El Eliyahu” oraz “Kicy Bidy i Bokha” – utwór do filmu “Papusza”.

Kayah ma na polskim rynku muzycznym status gwiazdy i to daje jej komfort wydawania płyt z takimi treściami, na jakie ma ochotę i robienia tego z taką częstotliwością, kiedy uzna, że materiał jest dopracowany, a nie wtedy, kiedy na koncie kończą się pieniądze. Daje to też komfort słuchaczom, którzy mogą być pewni, że po raz kolejny dostają produkt najwyższej jakości, którym nie będą zawiedzeni. Produkt oryginalny i ciekawy. Z kolei idąc na jej koncert zostaną potraktowani z życzliwością i otwartością, bez gwiazdorskiego nadęcia. Zachęcam do sprawdzenia na własnej skórze i uszach.

Sandra Kmieciak