Relacjeprzemek

Każdy dzień jest jak niedziela – Morrissey w Stodole

Relacjeprzemek

Każdy dzień jest jak niedziela – Morrissey w Stodole

Niedzielny wieczór może przynieść Armaggedon, bombę lub dobry koncert.

The Heartbreaks, proszę nie mylić z The Heartbreakers (zespołem, który powstał w latach siedemdziesiątych na gruzach New York Dolls), nie złamali mojego serca, choć muszę przyznać, że całkiem ciepło zostali przez publiczność zgromadzoną w Stodole… pożegnani. Piszę to bez cienia ironii. Z utworu na utwór grali coraz lepiej i powoli przekonywali do siebie nawet najbardziej opornych, ale moim zdaniem czegoś w ich występie zabrakło. Są młodzi, ładnie wyglądają, ale to jeszcze nie wszystko, żeby wywołać euforyczną burzę oklasków, zwłaszcza jeżeli występuje się przed artystą takiego formatu jak Morrissey. Choć trzeba przyznać, że ekipa z Morecambe w hrabstwie Lancashire bardzo się starała. Perkusista Joseph Kondras wystąpił nawet w koszulce piłkarskiej reprezentacji Polski. Na marginesie dodam, że w 2003 roku Morecambe zdobyło niechlubną trzecią pozycję w rankingu miejsc, w których mieszka się najgorzej w Wielkiej Brytanii, według autorów książki Crap Towns.

Podobnie jak przed poprzednim warszawskim występem Morrisseya, tak i teraz wyświetlano teledyski oraz fragmenty wywiadów, które miały nas wprowadzić w klimat koncertu. Widać było w tym wyborze rękę Moza. Pojawili się tam między innymi jego ukochani New York Dolls, był fragment wywiadu z Lou Reedem, w którym pytano go między innymi o to, czy jest homoseksualistą czy transwestytą, pojawili się również The Sparks z przepięknie zaśpiewaną piosenką “Never Turn Your Back On Mother Earth”.

Program koncertu nie odbiegał zbytnio od tego, co mogli już usłyszeć fani w Krakowie. Usłyszeliśmy dodatkowo nowy kawałek “The Kid’s a Looker”, który nie spowodował euforii wśród wielbicieli artysty. Dwie inne piosenki, pochodzące z niewydanego jeszcze albumu Morrisseya, “Action Is My Middle Name” i przede wszystkim mroczny “Scandinavian”, podczas którego scena zalana była czerwonym światłem, dużo bardziej przypadły do gustu publiczności.

Koncerty Morrisseya są częstym miejscem wyrażania poglądów artysty nie tylko poprzez jego teksty i muzykę. Na koncercie w Bradford wyszedł na drugi bis ubrany w koszulkę “Fuck Morrissey-Solo.com“(27.06) w odpowiedzi na dyskusję, jaka rozpętała się wokół jego niewydanego dotąd albumu. Tym razem manifest dotyczył kwestii ogólniejszej i zdecydowanie ważniejszej. Członkowie zespołu ubrani byli w czerwone  koszulki McCruelty: I hate it z przerobionym logo pewnej ogólnie znanej sieci serwującej fast food. Poglądy Morrisseya dotyczące okrucieństwa wobec zwierząt są powszechnie znane od lat. Tym razem artysta przekonywał ze sceny, że codziennie na świecie w fast foodach mamy do czynienia z okrucieństwem przewyższającym ostatnie wydarzenia w Norwegii. W ten kontrowersyjny sposób Moz zapowiedział “Meat Is Murder”. Dla mnie bezapelacyjnie punkt kulminacyjny koncertu. Utwór zakończony monumentalnie brzmiącym dźwiękiem olbrzymiego gongu.

Na bis mógł się pojawić już tylko jeden kawałek i był to chóralnie odśpiewany przez publiczność “There Is a Light that Never Goes Out”, na który czekaliśmy od poprzedniego koncertu, kiedy to na wyraźną prośbę fanów o wykonanie tego utworu Morrissey zareagował stanowczym NIE!

Setlista:

1. I Want the One I Can’t Have
2. First of the Gang to Die
3. You Have Killed Me
4. Irish Blood, English Heart
5. Speedway
6. Ouija Board, Ouija Board
7. The Kid’s a Looker
8. One Day Goodbye Will Be Farewell
9. Action Is My Middle Name
10. I’m Throwing My Arms Around Paris
11. Scandinavia
12. Satellite of Love
13. I Know It’s Over
14. Everyday Is Like Sunday
15. Alma Matters
16. You’re the One for Me, Fatty
17. Meat Is Murder

I na bis:
18. There Is a Light that Never Goes Out

Radek Chudzik