Keaton Henson – “Birthdays”

Keaton Henson – “Birthdays”
Oak Ten Records/2013

Najsmutniejszy człowiek świata.

Keaton Henson to wszechstronny brytyjski artysta, który początkowo miał zamiar skupić się jedynie na byciu grafikiem. Jedno wydarzenie w życiu diametralnie zmieniło jego artystyczną drogę i skierowało ku minimalistycznym gitarowym kompozycjom przesyconym smutkiem i bólem. Jak nietrudno się domyślić powodem ekspresji tych uczuć był zawód miłosny, którego Henson doświadczył w wieku 18 lat. Musiał on być naprawdę potężny, gdyż londyński songwriter przelewa swoje lęki i cierpienia na drugi (po wydanym w 2010 roku albumie “Dear…”) krążek zatytułowany “Birthdays”.

Utwory komponowane przez Hensona cechuje niezwykła intymność, a słuchając ich można poczuć się, jak gdyby było się świadkiem występu tego osobliwego muzyka w wypełnionej pogłosem sali muzealnej. Póki co właśnie w takich miejscach gra na żywo, ponieważ występy przed podchmieloną publicznością wypełniającą puby wciąż sprawiają mu kłopot.

Czy druga płyta Hensona podobnie jak pierwsza jest równie minimalistyczna? Przede wszystkim nie jest to album nagrany w domowej sypialni, co oczywiście od razu słychać. Kompozycje wydane przez Brytyjczyka są więc bardziej rozbudowane, jednak zdecydowanie kontynuują klimat z poprzedniego krążka, a momentami wręcz zaskakują. W kawałku “You” partie smyczkowe z subtelnymi bębnami doskonale rozbudowują klimat utworu. “Don’t Swim” zaskakuje ścianą gitar w finale, w której zapewne palce maczał Tyler Ramsey z Band of Horses. Z kolei w “10 AM, Gare Du Nord” gościnnie artystę wspiera amerykańska wokalistka Jesca Hoop. Kapitalnie brzmi ostry “Kronos” zdecydowanie nasycony wokalną złością. Dalsze wyróżnienie należy się również “Beepkeeper”, który uderza w nieco countrowy ton oraz “Sweetheart, What Have You Done to Us” z charakterystyczną gitarą Hensona i symfonicznym instrumentarium w końcówce. Warto też zwrócić uwagę na szczególnie interesujące teksty w utworach “Lying to You”, wspomnianym już “Kronos” czy też zamykającym album znakomitym “In the Morning”. Gdyby ta płyta podążała dokładnie tym samym stylem wypracowanym na debiutanckim krążku Hensona byłaby zwyczajnie do bólu nudna. Jednak dzięki bogatszym aranżacjom, zaskakującym momentom i świetnym tekstom album mocno wciąga.

Henson w doskonały sposób przelewa esencję głębokiego, wewnętrznego smutku na piękne dołujące ballady, a przecież nie od dziś wiadomo, że wiele najlepszych utworów w historii muzyki to te najsmutniejsze. Uważam, że brytyjski muzyk jest niezwykle szczery w tym co robi i mówiąc kolokwialnie po prostu to kupuję. Myślę, że warto śledzić jego dalszą karierę, a kto wie – może przy okazji kolejnych płyt Henson trochę się rozchmurzy.

Marek Cieślak