Kele – “Trick”

Kele – “Trick”
Kobalt/Lilac/2014

Kele w świecie elektroniki.

Muzycy rockowi, którzy próbują swojego szczęścia w rozmaitych odmianach elektroniki w zdecydowanej większości przypadków przegrywają z ambicjami i nierzadko narażają się na śmieszność. Bliski osiągnięcia tego niezbyt fajnego celu był Kele Okereke, który w pewnym momencie uznał, iż rock go ogranicza. W rezultacie coraz częściej w macierzystym Bloc Party próbował przemycić nieco bitów, ale przynosiło to efekty dość dalekie od oczekiwanych (z kilkoma wyjątkami, np. “One More Chance”). Nie mogło więc dziwić, że zespół powoli tracił na znaczeniu, fani i krytycy mniejszą uwagę zwracali na nowe dokonania, a na plakatach festiwalowych nazwa pisana była coraz mniejszą czcionką. W konsekwencji nawet wewnątrz Bloc Party zaczęło dochodzić do niesnasek. Kele w końcu doszedł do wniosku, iż najlepszym rozwiązaniem, odskocznią i nabraniem oddechu będzie zrobienie czegoś na własną rękę. Wydana w 2010 roku solowa płyta “The Boxer” była albumem z gatunku tych, których nazwanie “pomyłką”, “wypadkiem przy pracy” oznaczało wybranie łagodniejszego określenia, a wskazanie mocniejszych punktów wymagało dużo dobrej woli. Mimo wszystko, historia po czterech latach ma ciąg dalszy.

Duży wpływ na brzmienie drugiego albumu “Trick” miał fakt, iż w ostatnich latach artysta wielokrotnie pojawiał się jako DJ w nocnych klubach, gdzie miał okazję obserwować zachowania ludzi zatraconych w dźwiękach. Wbrew pozorom, nie otrzymujemy jednak albumu, który zachęcałby do wyciskania potu w ramach mniej lub bardziej widowiskowych wygibasów. To raczej spojrzenie na te poranne tańce, gdy impreza zaczyna wygasać, a do głosu zaczyna dochodzić potrzeba pokonania samotności. Kele próbuje zebrać w jedno to, co go urzeka w r&b, brytyjskim garage, house czy elektronice z lat 80. Niestety, częściej w tych poczynaniach się potyka niż wychodzi obronną ręką. Fakt, jest tu świetny utwór “Closer”, ale generalnie wieje nudą. Otrzymujemy album, który można nazwać subtelnym, świadomym czy nawet do głębi przemyślanym, ale zbyt wiele pozytywnego z tego nie wynika. Dużym problemem jest to, że Kele momentami wydaje się nieco nienaturalny i pojawia się wrażenie, iż próbuje imitować The xx, Thoma Yorke’a czy Buriala. Cały materiał uzmysławia, że sięgnięcie po nagrania tych artystów jest rozwiązaniem zdecydowanie bardziej rozsądnym.

Kele zapowiadał, że “Trick” będzie płytą miłosną, przeznaczoną dla tych, którzy wpadli w sidła uczucia, co znajduje potwierdzenie w nieco infantylnych tekstach. W powietrzu wielokrotnie unosi się seks. Artysta prosi adresatkę swoich liryków o to, by została na noc, odmieniła jego życie czy poszła z nim do hotelu. W większości przypadków banał goni banał, ale w sposób, który od biedy można akceptować.

“Trick” to zdecydowanie lepszy album od debiutu i ścieżka, jaką obrał Kele jest z pewnością ciekawsza czy też dobrze rokuje na przyszłość. Póki co jest dość przeciętnie, przewidywalnie czy przede wszystkim wtórnie. Niech jednak próbuje dalej, bo w przeciwnym wypadku pozostanie panem od “Helicopter” i innych przebojów zgromadzonych na debiutanckim albumie Bloc Party.

Michał Stępniak