Kev Fox – “King for a Day”

Kev Fox – “King for a Day”
Gusstaff Records/2012

Smutna opowieść bez happy endu.

Postać Keva Foxa jest otoczona aurą tajemniczości, co z jednej strony ma swoje źródło w małej rozpoznawalności artysty, a także jest związane z charakterystyką komponowanej przez niego muzyki. Zważywszy na częstotliwość, z jaką Kev Fox występuje w naszym kraju, nietrudno o stwierdzenie, iż Brytyjczyk upodobał sobie polską publiczność. Współpraca ze Smolikiem przy nagrywaniu utworu “L.O.O.T.T” tylko pomogła mu w kreowaniu własnej przestrzeni na naszym rodzimym rynku muzycznym. “King for a Day” to album, dzięki któremu Kev Fox pragnie w jeszcze większym stopniu utrwalić się w umysłach Polaków, znających jego twórczość z dość licznych kameralnych koncertów, jakie było dane zagrać brodatemu bardowi nad Wisłą. Czy jednak smutne, akustyczne i wypełnione goryczą piosenki będą miały w sobie tyle mocy, aby przekonać kolejnych amatorów upojnych melodii do tegoż artysty?

“King for a Day” zawiera jedenaście utworów, które jednoznacznie można zaszufladkować jako minimalizm akustyczny głęboko zakorzeniony w folkowej tradycji. Album otwiera kompozycja “Afon Ddu”, która dzięki autentycznie brzmiących w głosie Foxa emocjach, stanowi – jak się później okazuje – punkt odniesienia dla pozostałych utworów. Chwilę potem post-rockowe “Pirates” pozwala jeszcze przez moment odczuć atmosferę duchowego uniesienia, po czym nastaje stagnacja i dłuższe chwile nudy, jak w choćby “Too the Circle”. To nie jedyny zarzut w kierunku tej płyty – nieistniejącym elementem układanki jest z pewnością brak jakiegokolwiek eksperymentu, w postaci chociażby instrumentu wspomagającego gitarę akustyczną. W niektórych kompozycjach w tle co prawda słychać kontrabas oraz żeński wokal, lecz to nie zabija efektu wijącego się smętu. Nie powinno być to jednak uwłaszczające dla samego artysty, gdyż potęga jego głosu wraz z manierą wokalną mają zbawienny wpływ na siłę przekazu tej muzyki.

Ktoś mógłby trafnie stwierdzić, że to dźwięki nie dla każdego – jeden będzie się czuł chwilowo odseparowany od trudów codzienności, podczas gdy ktoś inny znużony przygnębiającym klimatem i powtarzalnością. W ogólnym rozrachunku, album “King for a Day” równie dobrze mógłby się zamknąć w trzech lub czterech utworach, co oszczędziłoby słuchaczowi czasu i pozbawiłoby uczucia dłużącego się schematu.

Marek Pawłat