King Gizzard and the Lizard Wizard – “I’m in Your Mind Fuzz”

King Gizzard and the Lizard Wizard – “I’m in Your Mind Fuzz”
Heavenly Recordings/2014

Złoty strzał garażowego rocka.

Moją pierwszą myślą po przeczytaniu tytułu recenzowanego poniżej albumu było: “Akurat”. Pierwszą po jego przesłuchaniu: “Dobra, mieliście rację”. Zespół z antypodów z komiksowo rymującą się nazwą nie tylko silnie wżera się w umysł, ale także zabiera go w kwaśną podróż do Ameryki z końca lat 60., a w lepszym czasie i lepszym miejscu nie można się znaleźć.

Pamiętacie adrenochrom z “Lęku i odrazy w Las Vegas”? A może drencrom z “Mechanicznej pomarańczy” albo sos z “John ginie na końcu”? Zapomnijcie o tym badziewiu, King Gizzard and the Lizard Wizard mają dla was potężną dawkę znacznie mocniejszego towaru i nie są to tandetne e-narkotyki czy dosy, które rzekomo odurzają niskimi częstotliwościami. Sam nie wiem, czy lepiej się tego słucha w pozycji leżącej z zamkniętymi oczami, czy pozwalając transowi na rozbujania ramion i karku. Nie ważne! Utwory od pierwszego do czwartego (które są właściwie jedną, blisko 13-minutową kompozycją rozbitą na części) zawłaszczają sobie umysł słuchacza niezależnie od pozycji, w jakiej się znajduje i intencji, jakie miał, włączając “I’m in Your Mind Fuzz”. Są ze sobą tak spójne, że bez obserwowania odtwarzacza nie sposób wyczuć przejścia z jednego do drugiego, a jednak wyrwane z kontekstu “Cellophane” znakomicie sprawdziło się także w roli singla promującego wydawnictwo.

Granie psychodelicznego rocka rodem z lat 60. nie jest żadną nowością we współczesnych czasach, ale granie na takim poziomie to rzadkość warta podkreślenia. Ważne są przecież nie tylko inspiracje, lecz przede wszystkim zdolność do wczucia się w klimat, a septet z Melbourne najprawdopodobniej hibernował przez ostatnie pół wieku i nawet nie wie, że Hendrix i Link Wray już nie żyją. Być może niektórzy z was zauważyli, że przed chwilą użyłem słowa “septet” i zastanawiacie się, czy to nie pomyłka. Otóż nie, King Gizzard and the Lizard Wizard to faktycznie siedmiu panów, z czego dwóch obsługuje perkusje. Zaskakująco duży skład jak na kapelę czerpiącą z dorobku garażowego rocka, ale nie lękajcie się – nie ma tu miejsca na prog-rockowe czy jazzowe popisy. Trójosobowa sekcja rytmiczna tworzy solidne tło dla dźwięków, które są w tego typu muzyce najistotniejsze – brudnych riffów i jeszcze brudniejszych, w pół urwanych solówek.

King Gizzard and the Lizard Wizard nieco spuszczają z tonu w środku albumu. Utwory “Empty” i “Hot Water” ujawniają grzeczniejsze oblicze kapeli, dzięki czemu można odzyskać kontrolę nad rozdygotanym od silnie pobudzającego wstępu ciałem. Być może gdyby to one otwierały “I’m in Your Mind Fuzz”, sprawiłyby wrażenie znacznie ciekawszych, ale na tym etapie można poczuć dotkliwy zjazd po intensywnej narko-muzycznej fazie. Na szczęście na tym nie koniec. “Am I in Heaven” jest kolejną porcją tajemniczej dźwiękowej toksyny, która zniewala już do samego końca, nawet pomimo znacznie wolniejszych kompozycji w menu.

Zażycie “I’m in Your Mind Fuzz” grozi silnym uzależnieniem, ale dla takiego nałogu warto na chwilę odesłać w niepamięć wszystkie inne albumy zalegające na regale/dysku. Nie wzbraniajcie się, wpuśćcie King Gizzard and the Lizard Wizard do waszych umysłów.

Jarosław Kowal