klaxons-surfing-the-void.jpg Klaxons – “Surfing The Void”
Universal / 2010

O czterech takich, którzy mieli łatkę “new-rave” i wydali swoją drugą płytę.

Recenzencka tradycja nakazywałaby mi zapewne zjechać nową płytę Klaxons: topos znakomitego debiutu i słabej drugiej wydaje się być podstawową zasadą rynku muzycznego. Lecz wygląda na to, że angielskiemu kwartetowi udało się powtórzyć sukces, kilku ich kolegów z dwutysięcznej dekady. Nie stawiałbym ich w jednym szeregu Arctic Monkeys czy Bloc Party, których drugie longplaye były naprawdę świetne; wskazałbym raczej na podobieństwo do “Congratulations” MGMT, z którym zresztą się stylistycznie w pewnych momentach spotykają.

Na początku wydaje się, że wszystko jest po staremu: otwierające płytę “Echoes” stawia na patos a’la Muse – ach ten pustynny klip – oraz przebojowość pierwszego krążka. A to wszystko podpucha, bo następne w kolejce “The Same Space” wyraźnie uderza w modne, ejtisowe klimaty. Potem wracamy znów w rejony “Myths Of The Near Future” rave’owym “Surfing The Void”. Owa huśtawka utrzymuje się przez cały album, ot ciągłe żonglowanie starymi i nowymi pomysłami. Jeśli ktoś ma ochotę interpretować te futurystyczne i surrealistyczne teksty, bardzo proszę. Ja nie zamierzam , ale przyznaję, że idealnie pasują do kosmiczno-psychodelicznej stylistyki i do okładki z kotem-astronautą – swoją drogą, jednej z najlepszych, jakie w tym roku widziałem.

Chłopaki nadal odkręcają przestery, o czym świadczy bezkompromisowe “Flashover”, ale już jakby mniej gnają na złamanie karku. Wielka szkoda, że prawdopodobnie nigdy nie przekonamy się, jak brzmiał materiał zarejestrowany z Tonym Viscontim (jednym z naczelnych producentów niejakiego Davida Bowie’go) i Jamesem Fordem (członkiem duetu Simian Mobile Disco, producent debiutu Klaxons). Całości brakuje polotu i z pewnością w wielu utworach mogłoby się dziać znacznie więcej i ambitniej. Niemniej, to nadal kawał dobrej, w miarę przebojowej muzyki, która, nie ukrywajmy, sprawdza się przede wszystkim podczas letnich festiwali, czego dowodem był m.in tegoroczny Open’er oraz festiwal Bażant Pohoda. Wierzę, że jeszcze będą z nich ludzie, a nie kolesie kojarzeni z wydumanym terminem new-rave, ale to stwierdzić będzie można z całą odpowiedzialnością po trzeciej płycie.

Krzysztof Kowalczyk