Klimt – “Agape”
Polskie Radio/2011

Telenowela zwana post-rockiem.

Istnieją co najmniej dwa potencjalne powody, by już na samym początku zniechęcić się do trójmiejskiego projektu. Po pierwsze, jest to solowe przedsięwzięcie Antoniego Budzińskiego, gitarzysty Saluminesi – zespołu, który rozpoczynał od supportowania Ścianki, a skończył na bardzo słabej płycie i naśladownictwie Myslovitz. Drugim powodem może być sam gatunek, czyli post rock. Wszystkim, którzy zadrżeli na dźwięk samej nazwy, polecam krótki, dziesięciopunktowy poradnik Bartka Chacińskiego, dzięki któremu i Wy będziecie potrafili napisać swoje własne post-rockowe hiciory.

Klimt idealnie spełnia wszystkie punkty. Mamy patos, crescendo, są nawet odpowiednie tytuły kawałków typu “Ostatnie chwile dzieciństwa” lub “W razie gdybyśmy się już nigdy nie spotkali”. I mógłbym tak wymieniać i wymieniać czy też, jak kto woli, się pastwić. Są jednak na “Agape” fajne melodie i świetna sekcja rytmiczna (tytułowa piosenka płyty). Marszowość i intensywność perkusji dodaje dynamiki miękkim i mało mięsistym gitarom.

Zdecydowanie najsłabiej wypadają utwory z wokalem, odrzucające słabymi i infantylnymi tekstami oraz pogłosem, namolnie usiłującym wywoływać sentymentalną atmosferę. Reszta albumu to kawałki powtarzające ten sam ograny schemat, choć zdarza się kilka momentów, w których Klimt próbuje czegoś innego, jak w wypadku etnicznego “Chodzenia po wodzie”. Na plus można zaliczyć wyjście poza same gitary i wzbogacenie aranżacji o klawisze.

“Agape” spowodował, że bardziej doceniłem ostatnio mocno krytykowany przeze mnie drugi album Tides from Nebula, który w porównaniu z projektem Antoniego Budzińskiego jest znacznie bardziej charakterystyczny. Mimo wszystko, słuchanie “Agape” nie stanowi żadnej męki, a wręcz przeciwnie, jest całkiem przyjemne. Tylko tyle i aż tyle.

Krzysztof Kowalczyk