Relacjeprzemek

Koncert Damiana Ukeje w Wytwórni

Relacjeprzemek

Koncert Damiana Ukeje w Wytwórni

Powrót do Łodzi z autorskim materiałem.

Nie dalej jak w połowie grudnia 2011 roku, dwa dni po finale programu The Voice of Poland,  na scenie łódzkiej Wytwórni mogliśmy posłuchać najlepszych głosów pierwszej edycji show. Wśród wykonawców pojawiła się m.in. finałowa ósemka: Ola Galewska, Monika Urlik, Filip Moniuszko, Piotrek Niesłuchowski, Antek Smykiewicz, Rafał Brzozowski, Mateusz Krautwurst oraz Damian Ukeje. Ten ostatni, jako laureat programu, poza tytułem najlepszego głosu w Polsce, otrzymał kontrakt płytowy i właśnie przy okazji promocji swojego debiutanckiego albumu “Ukeje”, ponownie odwiedził Łódź. Tym razem klub należał tylko do niego, co wykorzystał dając fantastyczny, prawie dwugodzinny koncert, nawiązując rewelacyjny kontakt z publicznością oraz pokazując klasę i swobodę w scenicznym obyciu.

Przyznam, że z obawą obserwowałam leniwie zapełniającą się widownię. Pomyślałam, że widocznie fala popularności programu oblała jego nowych uczestników, starych pozostawiając zdanych na siebie, z gronem najwierniejszych fanów (fanek w tym przypadku) tłoczących się pod sceną w kilku rzędach. Naszła mnie refleksja, czy aby tak właśnie nie wygląda zderzenie telewizyjnego snu, którego elementami są wielomilionowa publiczność przed telewizorami i obietnice spełnienia życiowych marzeń, z rzeczywistością, która wita artystę pustawą salą i walką o każdy sprzedany egzemplarz płyty, który może przesądzić o być czy nie być na rynku muzycznym. Składową rzeczywistości jest też support – tutaj łódzka grupa Wah Na Tah – który tak bardzo, bardzo, bardzo mocno chce rozgrzać publiczność przed wkroczeniem gwiazdy na scenę, że aż ją tym męczy. Rozumiem, że panowie chcieli w ten sposób odwdzięczyć się za daną im szansę występu, ale mogli zrobić to muzyką, a nie żartami bawiącymi wyłącznie piętnastolatki. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ich muzyka jest na wysokim poziomie mogącym zadowolić wybredne gusta.

Po głośnym skandowaniu “U-ke-je, U-ke-je” wokalista wraz z zespołem nie pozwolił na siebie długo czekać. Rozpoczął koncert kawałkiem “Byle na raz”, a w mojej głowie znowu pojawiło się czerwone światło oznaczające “oho, tylko jedna wydana płyta, pewnie zaraz polecimy setlistą zgodną z kolejnością utworów na krążku i nic tego wieczoru już mnie nie zaskoczy”. Na szczęście zaskoczyło i na szczęście moje czarne myśli nie znalazły dla siebie miejsca w rzeczywistości. Co prawda jako drugi utwór publiczność mogła usłyszeć “Bezkrólewie”, ale dalej zrobiło się ciekawiej, gdy Damian zaproponował dwa utwory z repertuaru swojego poprzedniego zespołu Fat Belly Family. Nikomu nie przeszkadzało też, gdy przed gitarową solówką, sprzęt gitarzysty odmówił posłuszeństwa. Dobre kilka albo wręcz kilkanaście minut przerwy w graniu, dało wokaliście możliwość zademonstrowania jak z takich sytuacji wyjść z tarczą. Zagadał i rozbawił publiczność bez uciekania się do tanich, nieśmiesznych, oklepanych chwytów, które zwykle mają miejsce w momentach, gdy za konferansjerkę biorą się niewłaściwe osoby. Tym razem dostaliśmy pokaz poczucia humoru, skromności i autoironii z najwyższej półki. Jest to także dobre określenie całego koncertu, który również był z najwyższej półki. Przyjemne, prawie rockowe granie, materiał z debiutanckiej płyty zaprezentowany w ciekawy, oryginalny sposób, mieszanka materiału z “Ukeje” z kawałkami Fat Belly Family czy “Use Somebody” z repertuary Kings of Leon albo zaaranżowanym na nowo “Bezkrólewiem”. Ukeje dał dowód na to, że potrafi czarować publiczność nie tylko ruchami bioder, ale też głosem i charyzmą, co mnie osobiście niezmiernie cieszy, bo daje nadzieję na to, że za jakiś czas na sklepowych półkach wyląduje jego drugi album, a ja na kolejnym koncercie znowu zostanę czymś mile zaskoczona.

Sandra Kmieciak