WywiadyprzemekMetz

Koncert to najlepszy moment dnia – wywiad z METZ

WywiadyprzemekMetz

Koncert to najlepszy moment dnia – wywiad z METZ

O występach, nowym materiale, coverach i filmach opowiada wokalista Alex Edkins.

METZ – pisany wielkimi literami, bo gra głośno – to zespół z Kanady. Trio – Alex Edkins (wokal i gitara), Chris Slorach (bas) i Hayden Menzies (perkusja) długo zyskiwało sławę intensywnymi koncertami, żeby w końcu nagrać debiutancką płytę dla słynnej wytwórni Sub Pop (polecam opis zespołu na ich stronie). “METZ”, album wydany w 2012 roku, to 30 minut ostrego grania, na którym hałas przeplata się z odrobiną melodyjności, chaos kłóci z uporządkowaniem, a energia występu na żywo jest z powodzeniem przetransportowana do nagrania studyjnego. Zespół pierwszy raz można było zobaczyć w Polsce w sierpniu. Z Alexem Edkinsem rozmawiałam 8 listopada.

Katarzyna Borowiec: Jesteście teraz w Norwegii, prawda? Słyszałam, że Chris kiedyś zgubił się w Oslo… Mam nadzieję, że tym razem pójdzie mu lepiej.

Alex Edkins: Hahaha, tak, dzięki, przekażę.

Zostały wam jeszcze jakieś miejsca do odwiedzenia? Zagraliście już tyle koncertów…

Tak, ale jest jeszcze naprawdę dużo miejsc, w których nie byliśmy. Nigdy nie występowaliśmy w Ameryce Południowej. Gramy głównie w Europie, Stanach i w Kanadzie. Teraz na przykład byliśmy na Islandii. Ale mamy też w planach Australię i Nową Zelandię, więc w sumie odznaczamy kolejne miejsca na mapie dość szybko.

Nazwa zespołu, METZ, pochodzi od nazwy miasta, w którym graliście kiedyś z Haydenem Menziesem, ponoć był to “jeden z najbardziej szalonych koncertów”. Ale od tamtej pory było chyba sporo innych, które mogłyby tamtemu dorównać, pamiętasz jakiś zasługujący na miano najdzikszego?

Ciężko powiedzieć. Staramy się, żeby każdy wieczór był dla wszystkich jak najfajniejszy. Nie da się wybrać jakiegoś jednego, graliśmy tyle koncertów na świetnych festiwalach i w klubach, które wspominamy bardzo dobrze… Bardzo podobał nam się koncert na Off Festivalu, więc na pewno jest gdzieś na tej liście, ale jest ich zbyt wiele, żeby coś konkretnego wybrać.

Teraz wracacie do Polski na koncerty klubowe. Wolicie grać w klubach czy na festiwalach?

Nie sądzę, żeby to zmieniało sposób, w jaki gramy. Aczkolwiek na pewno jest to inny klimat, kiedy gra się na zewnątrz, w środku dnia, na wielkich scenach… odczucia bardzo się różnią od tych na koncercie późno w nocy, w ciemnym klubie, kiedy wszyscy są blisko siebie, w intymniejszej atmosferze. Lubimy obie te sytuacje. Aż do tego roku graliśmy tylko w klubach, więc festiwale to dla nas coś nowego, ale również nam się podoba.

Mówiłeś w wywiadach, że kiedy gracie, to całkowicie się wyłączacie, to prawie nieświadome, czy to coś w rodzaju katharsis?

Tak, myślę, że można tak powiedzieć. To nasz ulubiony moment każdego dnia, ta godzina, podczas której możemy grać swoją muzykę, zapomnieć o wszystkim innym, o wszystkich nieprzyjemnych sprawach, o tym, co psuje humor. Na chwilę, kiedy będziemy grać, oczekujemy z niecierpliwością. Myślę, że to jeden z powodów, dlaczego tyle koncertujemy, naprawdę lubimy to robić, przynosi nam tą ogromną satysfakcję. W te dni, kiedy nie gramy, tęsknimy za tym.

Nie ma tych dni zbyt wiele? Czy satysfakcja gwarantuje brak zmęczenia?

Haha, tak. To może być fizycznie bardzo męczące, byliśmy w trasie jedenaście miesięcy w tym roku, nie było zbyt dużo czasu, żeby się zrelaksować. Ale czujemy się szczęściarzami, dlatego, że możemy to robić, więc chcemy w pełni skorzystać z sytuacji i jechać do tylu miejsc, do ilu możemy, bo nie każdy ma taką możliwość. Nie traktujemy tego jak pewnik, to niezwykła okazja. Dlatego staramy się dać z siebie 100% na każdym koncercie.

Czyli przez resztę dnia jesteście wyjątkowo spokojni? Czy macie jakieś nadludzkie pokłady energii?…

Haha, nie, dużo śpimy i odpoczywamy.

Podobno niszczycie dużo sprzętu. Za każdym razem kupujecie nowe rzeczy, czy ciągle je naprawiacie?

Nie jest aż tak źle. Zazwyczaj musimy tylko wymienić parę rzeczy, nie to, żebyśmy rozwalali wszystko na scenie, na to nas zdecydowanie nie stać. Dbamy o nasze cenne instrumenty, aczkolwiek czasami coś się psuje, wiadomo.

Czyli nie jest to rozwalanie gitar á la Kurt Cobain? Często porównuje się Was do Nirvany…

Haha, nie ma mowy. Szczerze mówiąc nie sądzę, że w ogóle by nas do nich porównywano gdyby nie to, że nagrywamy dla Sub Pop. Wszyscy dorastając słuchaliśmy dużo punka, hardcore’u, noise rocka, to wpłynęło na nas dużo bardziej niż Nirvana.

To może porozmawiajmy o Waszej debiutanckiej płycie wydanej przez Sub Pop. Pracowaliście z Grahamem Walshem i Alexem Bonenfantem, których nazywacie raczej inżynierami niż producentami, ale podziwiacie pracę Steve’a Albini, czy to producent, z którym chcielibyście współpracować?

Nie, chodzi raczej o to, że sporo ludzi porównuje nas do takich grup jak Shellac czy Big Black, ale to tak jak z Nirvaną – kwestia słuchaczy, oni to dostrzegają, ale to nie coś, co my chcieliśmy osiągnąć. My po prostu gramy muzykę, która do nas przychodzi. Nie sądzę, żebyśmy kiedykolwiek rozważali współpracę z Albinim. Nagrał sporo genialnych płyt, które lubimy, ale to samo dotyczy wielu innych producentów. Nie wiem, w sumie jeszcze nie zaszliśmy tak daleko w kwestii planowania naszego następnego albumu, wciąż jesteśmy na początkowych etapach.

Piszecie nowe piosenki, prawda? Czyli nie zastanawialiście się, jak będzie z nagrywaniem drugiego albumu? W przypadku debiutu mieliście dużo swobody, czy nie obawiacie się, że teraz mogą pojawić się zewnętrzne naciski?…

Myślę, że podejdziemy do tego w ten sam sposób, nie biorąc pod uwagę nikogo poza nami trzema, tak jak to zrobiliśmy z pierwszym albumem. I to działa, myślę, że jeśli sobie zaufamy to nie może pójść źle. Najgorsza rzecz, jaką mogą zrobić muzycy, malarze, pisarze czy ktokolwiek, to myśleć za dużo o swoich odbiorcach, o tym, czego mogliby chcieć, to byłby błąd. Na pewno nie będziemy mieć żadnych nacisków ze strony wytwórni, tak jak za pierwszym razem – to my decydowaliśmy, mogliśmy zrobić wszystko jak chcemy. Dopóki tak to będzie wyglądać, będziemy usatysfakcjonowani.

Gracie już nowe piosenki na trasie?

Tak, jedną czy dwie, nie mamy ich jeszcze zbyt dużo. Zmieniamy setlisty w różnych miastach, testujemy nowe kompozycje.

Kiedyś, mówiąc o swoich tekstach, stwierdziłeś, że nie jesteś “cierpiącą duszą”. Myślę, że kimś takim był Mark Linkous. Nagraliście świetny cover “Pig” z repertuaru Sparklehorse, co was do tego zainspirowało?

Dzięki! Wszyscy jesteśmy jego wielkimi fanami, kochamy tę piosenkę, przemawia do nas. To kawałek, o którym myślisz “rany, żałuję, że ja tego nie napisałem”. “Pig” to utwór, który uwielbiamy, jak zresztą całą jego muzykę. Chcieliśmy scoverować tę piosenkę jako swego rodzaju hołd dla geniusza. Wszyscy czujemy wielki szacunek dla jego muzyki, jego sposobu produkcji, zrobiliśmy to jako wyraz podziwu.

Lubicie grać covery?

To dobra zabawa, ale nie graliśmy póki co zbyt wielu. Znam mnóstwo zespołów, które mają tony coverów w swoim repertuarze. Zawsze jest fajnie zrobić coś, co jest poza twoja strefą komfortu, coś nowego. Czasami może cię to zainspirować do napisania własnej piosenki, to bardzo fajne.

Jest jakaś piosenka totalnie odmienna od tego, co robicie z METZ, którą chciałbyś wziąć na warsztat?

Słuchałem ostatnio Elliotta Smitha, jest jeden kawałek, który super byłoby scoverować, “Roman Candle”. I to dość odległe od tego, co my gramy, haha.

Kiedy piszecie swoje piosenki, to jest to bardzo ścisła współpraca. Dogadujecie się idealnie?

No musimy, siedzimy razem w vanie całymi dniami… To ważne, żeby się bardzo dobrze znać.

Ale nie boicie się współpracy z innymi muzykami?

Nie, bardzo chcielibyśmy coś takiego zrobić, rozmawialiśmy o tym ostatnio. Wszyscy trzej graliśmy wcześniej z innymi ludźmi, z innymi zespołami. Myślę, że wszyscy jesteśmy dość elastyczni w kwestii współpracy. Jakieś poboczne projekty, kolaboracje, na pewno coś takiego będziemy robić i jesteśmy na to otwarci cały czas.

A gdybyś mógł wybrać jakiegoś muzyka, ze wszystkich istniejących, z którym nagrałbyś piosenkę, to kto by to był?

[Dłuuuga chwila zastanowienia] O rany, nie wiem, hm… może… ktoś z Sonic Youth? To by było fajne.

Słyszałam, że jesteś trochę filmowym nerdem. Czy “Knife in the Water” nawiązuje do filmu Polańskiego?

Tylko trochę. Niebezpośrednio. Trochę nawiązuje do filmu w taki sposób… do nastroju. Nie do fabuły ani niczego takiego, po prostu do klimatu. Myślałem, że ten film jest dziwny i chciałem, żeby piosenka miała podobną aurę.

Lubisz jeszcze jakieś polskie filmy?

Nie znam zbyt wielu. Pewnie parę kojarzę, ale teraz sobie nie przypominam.

A kto jest Twoim ulubionym reżyserem?

Kubrick, to trochę oczywisty wybór, jestem jego wielkim fanem. Lubię dokumenty… Errolla Morrisa, jego filmy są zawsze interesujące.

Jeśli mógłbyś umieścić piosenkę METZ w filmie, to w jakim?

Bardzo chętnie napisalibyśmy muzykę do jakiegoś filmu, moglibyśmy trochę poeksperymentować i nagrać coś bardziej klimatycznego. Na albumie jest parę kawałków, które mogłyby nadać się do jakiejś sceny pościgu albo do filmu akcji, hehe. Do nowego Batmana albo coś… to byłoby zabawne.

Na koniec może poleć nam coś nowego – często mówisz w wywiadach, że scena muzyczna w Toronto jest bardzo interesująca. O jakich zespołach mogliśmy nie słyszeć jeszcze w Polsce?

O tak, w Toronto dzieje się bardzo wiele. Są tony świetnych zespołów… Na przykład Ell V Gore, Absolutely Free, Teen Agner i Soupcans są naprawdę cool.

METZ wystąpią w Polsce już 12 i 13 listopada. Szczegóły: http://www.uwolnijmuzyke.pl/metz-na-dwoch-koncertach-w-polsce

Katarzyna Borowiec