Relacjeprzemek

Kontrapunkty – raz na nie i raz na tak

Relacjeprzemek

Kontrapunkty – raz na nie i raz na tak
Kraków, Kino Pod Baranami/6.12.2012

Relacja z pierwszego dnia Festiwalu Filmu Niemego.

Festiwal Filmu Niemego odbywa się w Kinie pod Baranami pod hasłem “Szczęśliwa Trzynastka”, ponieważ w zeszłym roku liczba owa okazała się stereotypowo niezbyt fortunna i wydarzenie się nie odbyło. Tym razem ruszyło pełną parą i miejmy nadzieję, że tak stanie się również w kolejnych latach.

Pierwszy dzień festiwalu, czyli czwartek 6 grudnia, rozpoczął się o godzinie 18:00 rarytasem, którego nie ma jeszcze w polskiej bazie filmowej. Był to “Cwaniak” (“Shkurnyk”) w reżyserii Mikołaja Szpikowskiego. Dzieło owo powstało na Ukrainie w roku 1929. Twórcy wyśmiewali Bolszewików, więc wkrótce materiał został ocenzurowany. Teraz okazję do jego obejrzenia stwarza Marcin Pukaluk, kompozytor, performer i producent muzyczny, który na żywo wyposaża “Cwaniaka” w warstwę muzyczną.

Film opowiada o perypetiach mężczyzny przypominającego znanego nam z późniejszego polskiego filmu Piszczyka, czyli wzorcowego oportunistę. Przez przypadek (choć wywołany chciwością bohatera) zostaje on uwikłany w wojnę pomiędzy Białymi a Czerwonymi. Nie ważne, po której stronie barykady się znajdzie – zawsze próbuje się dostosować, stając się gorliwym rzecznikiem racji raz jednych, a raz drugich (później nawet trzecich…). Całość utrzymana jest w tonie lekkim, jako komedia pomyłek i absurdów. Na uwagę zasługują urocze zbliżenia wielbłąda (który na początku szalonych przygód staje się towarzyszem bohatera).

Muzyka Pukaluka do tego beztroskiego nastroju dopasowuje się różnie. Produkował ją za pomocą laptopa, urządzeń elektronicznych i klawiszy. Od tych ostatnich zaczął, grając nawiązującą do standardów taperskich z początku wieku radosną melodyjkę. Szybko jednak pojawiły się mniej wesołe klimaty: nad elektronicznym bitem muzyk nadbudowywał warstwy składające się z dźwięków kojarzących się z klimatami wschodnimi, które niekoniecznie współgrały z filmem. Pukaluk w trakcie seansu przeplatał różne motywy – po wspomnianym przeważnie pojawiał się znacznie różniący się nastrojem, zabawowy utwór, oprócz niego słyszeliśmy również kompozycję graną na klawiszach, które sprawnie imitowały akordeon (raz nawet zgrywając się z widocznym na ekranie mężczyzną operującym tym właśnie instrumentem). Całość niestety nie funkcjonowała – a przynajmniej nie sprawiała takiego wrażenia, nawet jeśli założenie było odmienne – na zasadzie lejtmotywów. Czasami miałam wrażenie, że efekt jest porównywalny do mojej barbarzyńskiej (z punktu widzenia filmoznawcy) metody oglądania filmów niemych – kiedy posiadane wersje wyposażone były w irytujący podkład autorstwa nieudolnego pianisty, odtwarzałam w tle losowe utwory z playlisty “instrumentale”. Działo się tak (tu wracamy do czynów Pukaluka) zwłaszcza w momentach, kiedy jedna kompozycja niespodziewanie, w środku trwającej sceny, zmieniała się po krótkim wyciszeniu w inną.

O wiele lepiej z konstruowaniem ścieżki dźwiękowej poradził sobie czeski zespół Dva. Jak sama nazwa wskazuje tworzą go dwie osoby – małżeństwo Bára, umieszczona po lewej stronie ekranu, i Jan, zasiadający po prawej. Pani grała na klarnecie i saksofonie, pan zajmował się samplami i gitarą, oboje używali też swoich głosów. Pod ich warsztat trafił absolutny klasyk kina niemego – “Gabinet Doktora Caligari”, arcydzieło w reżyserii Roberta Wiene z 1920 roku. Na uwagę zasługuje w nim przede wszystkim scenografia, stworzona przez Hermanna Warma, Waltera Reimanna i Waltera Röhriga. Ekspresjonistyczne konstrukcje – nawet cienie są namalowane na ścianach – tworzą niesamowity klimat tego mrocznego dzieła.

I tu właśnie dochodzimy do pewnego zgrzytu – zespół Dva nie bez przyczyny kojarzony jest głównie z brzmieniami dość radosnymi. Jednak ten kontrast wcale nie zadziałał na niekorzyść połączenia ich twórczości z filmem przemawiającym najsilniej do zwolenników estetyki gockiej. Dzięki takiemu zestawieniu mieliśmy okazję usłyszeć coś nieco mniej przewidywalnego, niesztampowego, zaskakującego. Choć czasem dwa elementy rzeczywiście odrobinę się nie zgrywały, jak w scenie nocnego spotkania trojga przyjaciół, Jane, Alana i Francisa, której towarzyszyła melodia dość beztroska, wzmocniona jeszcze wesołymi wokalizami, to jednak całość była mimo wszystko przekonująca. Tło stanowiły głównie sample dzwoneczków (cymbałek?), brzmiących czasami lekko, częściej jednak bardziej chaotycznie i niepokojąco. Gitara tworzyła ponure tło, pobrzmiewające niejako podskórnie, klarnet pojawiał się w momentach spokojniejszych. Swoistym lejtmotywem samego doktora Caligari były mroczne melodie saksofonowe. Najpiękniejszym momentem była niewątpliwie scena napaści somnambulika na śpiącą Jane – podprowadzona dźwiękami raczej spokojnymi, aż do wyciszenia. Po krótkiej chwili saksofon wybuchł z niespodziewaną siłą, przypominając krzyk zbudzonej niewiasty.

Otwarcie Festiwalu Filmu Niemego można więc uznać nawet za spektakularne. Oby tak dalej, bo przed nami jeszcze dwa dni atrakcji!

Katarzyna Borowiec