Relacjeprzemek

Kraków na różowo i niebiesko

Relacjeprzemek

Kraków na różowo i niebiesko.

W niedzielę po pierwszej nad ranem zakończyła się 3. edycja Burn Selector Festival.

Kraków w miniony weekend już po raz 3 gościł Burn Selector Festival. Czy była to najlepsza edycja? Chyba nie. Lineup nie powalał, zwłaszcza kiedy na parę dni przed rozpoczęciem imprezy odwołany został koncert Brytyjczyków z Fenech-Soler. Później tragedii dopełniło odwołanie w sobotni wieczór występu SebastiAna (którego zastąpił Andy Butler z Hercules & Love Affair). Postaram się jednak w paru zdaniach przedstawić kilka powodów dla których warto było stawić się na Błoniach w te dwa czerwcowe wieczory.

(z góry przepraszam wszystkich sympatyków polskich wykonawców, którzy pojawili się w Krakowie, ale będzie tylko o zagranicznych gwiazdach)

Powód no 1: Does It Offend You, Yeah?
Nie będę ukrywać, że oni byli moimi faworytami, zatem wielkiego zaskoczenia nie było kiedy okazało się, że na prawdę dają radę. Świetny kontakt z publicznością połączony z pełnym energii, mocnym i porywającym występem. Można przyczepić się jedynie do zbyt długich przerw między utworami, które powodowały, że tempo chwilowo siadało. Ale oni szybko wracali na poziom sprzed przerwy a nawet podbijali go trochę. Ja ani trochę nie czuję się urażona, a wy?

Powód no 2: Hercules & Love Affair
A to już jest wielka niespodzianka. Po pierwsze, płytowo Hercules & Love Affair to nic szczególnego, no może pomijając ich największy hit “Blind”. Po drugie ja byłam święcie przekonana, że to taki pełnometrażowy zespół, moja ignorancja mnie kiedyś zgubi. A tu ani jedno ani drugie. Jestem w ciężkim szoku ile zamieszania można zrobić za pomocą trzech laptopów i paru efektów, zwłaszcza kiedy jest się wspieranym przez 3 osobliwych i niezwykle charyzmatycznych wokalistów. Przecież oni wyglądają i brzmią jakby przez ostatnie dwadzieścia parę lat mieszkali w schronie przeciwbombowym. U nich mówienie o inspiracji latami 80-tymi to mało, oni chyba ciągle wierzą w to, że mamy 1989 rok i to jest absolutnie piękne. Cała piątka bawi się świetnie na scenie i to świetne samopoczucie udziela się też publice.

Powód no 3: Klaxons, Katy B i La Roux.
Sama nie wierzę, że to piszę. Klaxonsów widziałam już raz i przez cały ich koncert patrzyłam zażenowana na to, co działo się na scenie. W piątkowy wieczór było jednak inaczej. Widać, że panowie od wizyty w Łodzi zagrali parę koncertów i spędzili dużo czasu na sali prób. Mimo kilku małych potknięć zagrali porządny, ponad godzinny set, przy którym publika zebrana pod sceną Cyan bawiła się rewelacyjnie i chyba o to chodzi.
Do serii koncertów poprawnych, można również zaliczyć dwa inne brytyjskie zjawiska, czyli młodziutką Katy B oraz fenomen sprzed dwóch lat – La Roux. Pierwsza pani zupełnie nie przekonuje mnie swoją twórczością, potrafi jednak dać dobry koncert, pełen energii i słodkich uśmiechów. I to chyba jest jej duży plus dzięki któremu przetrwa w dzisiejszym muzycznym świecie. Ellie z La Roux uśmiecha się równie słodko, szkoda tylko, że kiedy śpiewa, na jej twarzy maluje się wyraz cierpienia. Choć w sumie jestem w stanie to zrozumieć, też momentami cierpię kiedy ją słyszę. Tak, tak, nie jestem fanką głosu tego rudzielca, co nie zmienia jednak faktu że muzycznie swojego czasu mnie do siebie La Roux przekonało. Niewiele brakowało, a porzuciłabym ich już na zawsze, bo początek koncertu był raczej drętwy, na szczęście później Ellie się trochę rozkręciła i przy bisie było już bajecznie. Cover Stonesów i “Bulletproof” to zdecydowanie najlepsze fragmenty tego koncertu. No i pośpiewać sobie można było trochę!

Powód no 4: Ladytron
Ja już sama nie wiem, co mam myśleć. Jestem wielką fanką tej czwórki z Liverpoolu i czegokolwiek by nie zrobili byłabym zadowolona…i tak trochę było tym razem. Wiem, że nie wykorzystali w pełni swojego potencjału, ale mroczny i spokojny klimat koncertu perfekcyjnie ukoił nerwy stargane koncertem Crystal Castles. Ladytron przedstawili dość przewidywalny set, zbierając swoją dotychczasową twórczość płytową i urozmaicając go bodaj dwoma nowymi utworami. Zabrakło chociażby “Beauty no 2″. Choć i tak wszyscy czekali tylko na “Destroy Everything You Touch”, co było dość wyraźnie widać po reakcji publiki. Wspinając się jak tylko mogę na wyżyny obiektywizmu dałabym temu koncertowi 7 w skali 10 stopniowej.

Last but not least: Crystal Castles
Nie rozumiem, nie chce, nie mogę! Przez większość koncertu stałam i zastanawiałam się o co chodzi. Może już jestem za stara i nie bawi mnie muzyczka jak z gry Nintendo połączona z krzykami wijącej się w narkotycznym szale Alice. W całej mojej niechęci starałam się spojrzeć na nich obiektywnie, żeby jak najsprawiedliwiej ocenić ten koncert, ale chyba poległam, bo nadal nie widzę w tym nic fajnego. Przepraszam, może redaktor Wieczorek mi kiedyś wyjaśni, jak nie, to umrę (szczęśliwa) w niewiedzy.

Tyle. Można się zatem krzywić i wybrzydzać, ale ja wiem, że i tak większość festiwalowiczów stawi się w przyszłym roku na Błoniach pod niebieskim i różowym namiotem, do czego zachęcam też tych, którzy w tym roku wymiękli!

Gosia Lewandowska
Zdjęcia AlterArt: A. Rawicz (Ladytron, Hercules & Love Affair) i T. Kamiński (Does It Offend You, Yeah?, Katy B)