Les ki – “Zaczyn”

Les ki – “Zaczyn”
wydanie własne/2014

Poezja śpiewana – wersja folk.

Co stanie się “nowe” i co może się w nas urodzić po przesłuchaniu EP-ki Les kiego zatytułowenej “Zaczyn”?. Ktoś, kto widział okładkę i plakat dołączony do krążka, wie, że jednak warto byłoby lekko poluzować artyście drogi oddechowe. Zwinąć te nity i niteczki tak, aby mógł wydobyć z siebie o wiele więcej niż cztery utwory. Dodać trochę odwagi, poklepać po ramieniu w taki sposób, aby ukrywający się pod pseudonimem Paweł Leszoski z większym rozmachem mógł przenosić piosenkę literacką na “nowe ja”, na realia piosenek, których jednocześnie dobrze słuchałoby się w komercyjnym radio, jak i audycji krążącej wokół szeroko pojętej alternatywy.

Les ki to songwriter, który świetnie poradził sobie w walce z językiem polskim. A jest to pojedynek ciężki, w którym wielu polskich artystów szuka ratunku w angielszczyźnie. Wszystko po to, aby uchronić się od kiczu i banału. Paweł – zawodowy tłumacz – w utworze “Sculptors” udowodnił także, że radzi sobie w innej przestrzeni językowej, choć jestem entuzjastą, aby akurat ta płyta w tej materii była jednolita. Bez wątpienia uniknął sztucznego patosu, wydawać by się też mogło, że od tak “siadł i zaczął pisać”.

I nie są to wcale smutne piosenki. Warstwa słowna i muzyczna pozostają jakby w kontraście. Jest perkusja i instrumenty perkusyjne, słychać też fortepian oraz instrumenty klawiszowe, Wojciech Gurmiński pogrywa na kontrabasie, a Piotr Ruszkowski na mandolinie, steel i banjo.

“Zaczynu” słucha się bardzo lekko, subtelnie, a cała melancholia w nich zawarta nie przygnębia, ale daje pewną nadzieję. Folkowe klimaty Les kiego przeniosły mnie w klimaty Sufjana Stevensa i Angusa Stone ujmujące mnie prostotą, a już z całą pewnością nazwałbym go polskim Benjaminem Francisem Leftwichem, chociażby z takiego kawałka jak “Atlas Hands”. Les ki pozostawia nam cztery utwory, krążek, który słucha się jednym tchem, “migiem”. Abym “migiem” nie mógł o nim zapomnieć – czekam na album.

Mateusz Grzeszczuk