Lianne La Havas – “Is Your Love Big Enough?”

Lianne La Havas – “Is Your Love Big Enough?”
Warner Bros/2012

Soul, folk i gitara z drugiej ręki.

Ten rok w muzyce obfituje w nowe kobiece głosy i twarze. Na liście debiutantek znalazły się m.in. Lana Del Rey, Emeli Sande, Jessie Ware, Azealia Banks, Lou Doillon i Lianne La Havas, a to tylko fragment listy. Te ostatnią po raz pierwszy usłyszałam, oglądając wideo z jej sesji nagranej w cyklu “Take Away Shows” (do obejrzenia tutaj). Pomyślałam, że jeżeli bycie artystą oznacza nie tylko tworzenie, ale i pewien magnetyzm, przyciągającą osobowość, to w przypadku Lianne La Havas tego faktora jest całkiem sporo. We wspomnianym wideo, śpiewając skromnie zaaranżowaną balladę i jednocześnie przechadzając się ulicami Paryża, stała się na tyle absorbująca, że sięgnęłam po więcej. Mogła przecież zostać soulową autorką miałkich “pościelowych” piosenek, tymczasem dorzuca do nich jakiś nienazwany pierwiastek – charyzmę, aurę wyjątkowości, coś, co przyciąga uwagę i każe słuchać dalej.

La Havas tworzy blisko gatunku, z którego łatwo popaść w nudę i powtarzalność. Soul to dla wielu “pościelowe” ballady wyśpiewane rozdedrganym głosem. Na “Is Your Love Big Enough?” też czasem tak bywa. O ile “Lost & Found” wpasowuje się w ten schemat, to łudząco sennie brzmiąca “Don’t Wake Me Up” zaskakuje stopniowanym napięciem. I takich niespodzianek jest więcej: niezwykle energetyczne “Is Your Love Big Enough?” wetknięte między balady albo “Forget” z kompletnie inną aurą. Nie sposób nie zauważyć także subtelnego duetu z Willym Masonem, który wtóruje niskim głosem w “No Room For Doubt“. Reszta – jednych zachwyci, innych znuży. Na szczęście nie jest to płyta spętana kontekstem od początku do końca, którą się kocha albo nienawidzi. Z powodzeniem z tych dwunastu piosenek można wybrać interesujące i wyodrębnić te, które są tylko pomostem między nimi.

Debiut Lianne nie daje sie zamknąć w szufladce z napisem “soul”. Przyjemnie wkrada się tutaj folk i pop, a elektryczna gitara odbiera trochę łagodności kompozycjom. W którejś z piosenek Lianne śpiewa: I found myself in a secondhand guitar i to zdanie właściwie mogłoby zastąpić spory fragment tej recenzji, jeśli chce się oddać instrumentalny klimat tego krążka. Częste gitary, klawisze, przestrzeń słyszalna w dźwiękach i naprawdę uroczy wokal okazały się dobrą bazą dla wielowątkowych ballad, które mają skłonności, do wymykania się definicji tego gatunku. Po przesłuchaniu pierwszego albumu nie sposób przewidzieć w którym kierunku pójdzie wokalistka przy okazji kolejnej płyty. Po tym, co pokazała na debiucie i z takim zapleczem wokalnym śmiało może pójść w każdym.

Katarzyna Wojtasik