Relacjeprzemek

Lilly Hates Roses i Dawid Podsiadło w Łodzi

Relacjeprzemek

Lilly Hates Roses i Dawid Podsiadło w Łodzi
19.10.2013/Łódź

Wielkiego tournée po Polsce ciąg dalszy.

Dawid Podsiadło z pewnością nie nudzi się tej jesieni. Pod koniec września wyruszył w trasę koncertową po Polsce, w planach mając dwadzieścia koncertów m.in. w Olsztynie, Wrocławiu, Szczecinie, Toruniu (te już za nami) oraz Katowicach, Warszawie, Lublinie, Radomiu i na koniec w Pszczynie. Redakcja Uwolnij Muzykę! wpadła z wizytą na koncert w łódzkiej Wytwórni. Przez chwilę nie była pewna, czy trafiła pod dobry adres. Tłum i kolejka przed wejściem zapaliły czerwone światło w głowie, czy aby tego wieczoru w Wytwórni nie odbywał się koncert jakiejś zagranicznej gwiazdy. Adres jednak okazał się dobry, gwiazdy z importu nie było, ale takiego tłumu na klubowym koncercie w Łodzi dawno nie widziałam.

Zanim na scenę wyszła gwiazda wieczoru, publiczność rozgrzała się przy przyjemnych, ciepłych, nieco melancholijnych melodiach zespołu Lilly Hates Roses. Kasia Golomska i Kamil Durski dali krótki, ale niezwykle pozytywny koncert, podczas którego zagrali takie utwory jak “Youth”, “Like a Boat, Like a Plane” czy cover “Big Jet Plane”. Gdyby tylko w najbliższym czasie mieli powrócić do Łodzi, będę pierwszą osobą stojącą pod sceną i bujającą się w rytm ich rewelacyjnych kawałków.

I chociaż Lilly Hates Roses zostali przyjęci bardzo gorąco i entuzjastycznie, to w powietrzu można było wyczuć nerwowe oczekiwanie na chwilę, gdy na scenie pojawi się Dawid Podsiadło. Gdy wreszcie to nastąpiło, wśród publiczności wybuchła niemal ekstatyczna histeria. Druga jej fala napłynęła razem z utworem “Trójkąty i kwadraty”, trzecia niosła się na dźwiękach “No”, a czwarta przyszła pod sam koniec występu, kiedy rozbrzmiał “Nieznajomy”. Następnie były jeszcze dwie – przed każdym z bisów. O samym koncercie można jeszcze powiedzieć tylko tyle, że był organizacyjnym majstersztykiem – każdy dźwięk zabrzmiał tak, jak powinien, gitarzyści zmieniając wiosła nie musieli na nie czekać, bo to obsługa techniczna czekała na nich, światła idealnie komponowały się z muzyką – to podkreślając jej dynamikę, to nastrojowy charakter. Żeby koncert nie wyglądał tak idealnie, Podsiadło próbował oszukać publiczność, twierdząc, że setlista nie zgadza się z kolejnością utworów zaplanowaną przez muzyków. Ale ponieważ zdecydowanie lepszy z niego wokalista niż konferansjer, żart zabrzmiał dość czerstwo i lepiej było szybko się z niego wycofać.

Nie był to pierwszy koncert laureata talent show w jakim przyszło mi brać udział. Przyznam, że programów tego typu nie oglądam, a wygrane w nich traktuję z przymrużeniem oka, szczególnie od momentu, gdy każda niemal stacja telewizyjna zaproponowała swoją wersję popularnego formatu. Widziałam już zbyt wiele spektakularnych wzlotów gwiazdek z telewizji i cichych upadków w niełaskę i zapomnienie publiczności jakie je spotykały, żeby jeszcze traktować je poważnie, jak grube ryby polskiego rynku muzycznego. Podsiadło także grubą rybą póki co nie jest, jego popularność na razie raczej płynie na fali niedawnego udziału w programie, który miał milionową oglądalność, wygranego kontraktu płytowego i obecnej dobrej promocji. Ale wokalista w przeciwieństwie do kolegów i koleżanek, którzy mogliby mieć podobny start, zdaje się wiedzieć, co chce robić, jak robić to po swojemu i co chce dzięki temu uzyskać. Talent show był furtką, przez którą przeszedł, nie dając sobie po drodze zarzucić na plecy tandetnego stroju popowego clowna. Tworzy muzykę z ambitnym zacięciem, taką, jaka sprawia mu przyjemność. Ma do tego szczęście, że ta sama muzyka sprawia przyjemność krytykom, którzy bardzo pozytywnie oceniają “Comfort and Happiness” oraz słuchaczom, którzy przychodzą na koncerty, głosują na single z debiutanckiego krążka na listach przebojów, nabijają statystki odtworzeń na Spotify. Z całej armii masowo produkowanych “nowych gwiazd polskiej muzyki, które zawojują świat” to Podsiadło jest dla mnie tą, którą warto obrać za cel obserwacji.

Sandra Kmieciak