Lilly Hates Roses – wywiad

Lilly Hates Roses – wywiad

“Chcieliśmy sprawdzić, czy się da. I da się.”

Zwycięzcy tegorocznej edycji konkursu Make More Music, pojechali w trasę koncertową w oparciu o jeden jedyny utwór, do którego przekonali całkiem spore grono słuchaczy. Kim jest Lilly, i co planuje w najbliższym czasie, opowiedział nam sam zespół.

Gratuluję wygranej w Make More Music!

Kamil, Kasia: – Dziękujemy.

Ciężko było wygrać?

Kamil - Nieeee [śmiech]. Znaczy, nie wiem czy było ciężko. Zagraliśmy i wygraliśmy, ale czy było ciężko wygrać… Graliśmy, to co zawsze.

Na czym dokładnie ten konkurs polegał?

Kamil – Ja sam dokładnie nie wiem. Dostaliśmy informację, że dostaliśmy się do finału, pojechaliśmy, zagraliśmy, to co zawsze. Dlatego według nas to nie było nic ciężkiego.

Od jakich zespołów okazaliście się lepsi?

Kamil – Między innymi Fairy Tale Show z Wrocławia. Są bardzo fajni. Ale muzyka to nie są zawody.

Kasia - W przypadku muzyki nie można ocenić, kto jest lepszy, a kto gorszy.

Kamil – Dokładnie. Jak to ocenić? Wiadomo, można ocenić kto lepiej technicznie śpiewa albo gra. A w Make More Music większość zespołów miała już doświadczenie, to nie były startujące zespoły. Dlatego uważam, że to był bardziej konkurs gustów, niż zawody: kto szybciej, kto dalej, kto głośniej. Od tego jest sport, nie muzyka. To nie jest miarodajne, że wygraliśmy. Po prostu, wybrało nas jury.

Co macie z wygranej?

Kamil – 300 lajków na Facebooku więcej. To na razie taka realna rzecz którą mamy [śmiech]. I mamy możliwość podpisania kontraktu z Sony Music.

Więc kiedy wejdziecie z materiałem do studia i nagracie album?

Kamil – Oooj, nie wiadomo. Nie wiem jak to wszystko się potoczy. Wszystko zależy jak to będzie wyglądało. Jeśli będziemy podpisywać umowę z wytwórnią, wtedy nie mamy wolnej ręki co do terminów, więc aktualnie nie jestem w stanie powiedzieć kiedy? Co? I jak?

Zespół powstał w tym roku. Jesteście totalnymi nowicjuszami, czy któreś z was otarło się już o show business?

Kamil –  Tak, powstał we wrześniu.

Kasia - Ale już wcześniej działaliśmy. Tylko osobno. Ja na przykład już od dobrych kilku lat śpiewam na różnych festiwalach i konkursach.

Kamil - Mam jeszcze trzy kapele. Gram i śpiewam w Living on Venus, gram na gitarze w Hellow Dog, od maja i na klawiszach w Pelvis. To nowa kapela. Dopiero wydają płytę.

Ciężko jest nowym zespołom?

Kamil – Dla nas wyjątkowo nie. Ale z mojego doświadczenia z innymi zespołami – jest ciężko. Dla nas nie, ze względu na to, że nie jesteśmy w ogóle wymagający wobec sceny, czy co do miejsca. Przy graniu z innymi zespołami, gdy jest więcej sprzętu, potrzebny jest transport i tak dalej… a tutaj możemy sobie pozwolić, żeby pojechać wszędzie pociągiem, bo mamy tylko gitarę. Kluby w których występujemy, to też są często klubokawiarnie, które też są łatwiejsze do zorganizowania i zagrania. Więc my w ogóle nie doświadczamy tych ciężkich warunków sceny muzycznej. Poza tym, jesteśmy zaskoczeni tym, jaka jest frekwencja! Dziś co prawda koncert był za darmo, ale w Białymstoku udało nam się sprzedać 120 biletów, co jest jakimś nieporozumieniem! Czy w tym mieście naprawdę nic się nie dzieje, skoro wszyscy przyszli nas posłuchać? [śmiech] Czy ta jedna piosenka faktycznie ma taką siłę? Bo przecież mamy jedną tylko piosenkę, która krąży po sieci.

No właśnie, zorganizowaliście sporą trasę, ponad 7 koncertów, w oparciu o tę jedną właśnie piosenkę! Jak to zrobiliście?

Kasia – No właśnie nie wiemy… [śmiech]

Kamil - To tak naprawdę Piotr zrobił [manager, przyp. red.], a może faktycznie ta piosenka ma jakąś magiczną siłę, która umożliwia organizowanie koncertów. I też uważam, że te wszystkie miejsca, w których zagraliśmy, dają nam dużą dozę zaufania. Wiedzą, że mamy jeden numer, i spodziewają się, ze reszta to nie dubstep. Zakładają, ze będzie to też folklor, albo cośtam.. bon-ivero-podobne.

Ten skład, który teraz jest na scenie: on, ona i gitara, to jest stan docelowy, czy planujecie granie z pełnym zespołem?

Kamil – Będzie nas więcej. Perkusisty co prawda nie mamy jeszcze, ale mamy basistę. I płyta będzie z całym zespołem. Drugą trasę już będziemy grać w troszeczkę innym składzie. Będą takie fragmenty, kiedy Kasia będzie grała na bębnie, na talerzu, ja gram na gitarze elektrycznej smyczkiem, i inne takie islandzkie historie.

Są już plany na kolejną trasę?

Kamil – Są. I nie będzie ona tak skromna. Zawsze oczywiście będą zdarzać się takie koncerty jak teraz: tylko we dwójkę. I zespól tez będzie tak funkcjonować. Ale będziemy grac trasy z całym zespołem. Takie prawdziwe, gdzie będzie próba, bramka, bilety, a my będziemy hałasować! Nowa trasa będzie ciekawsza. Teraz musimy się bronić tylko i wyłącznie gitarą i wokalem. Ciężko jest tym zainteresować publiczność: siedzi dwoje nudziarzy i smęci. Może zmianą stracimy trochę zwolenników, a może zyskamy.

Jakie słyszeliście opinie o zespole do tej pory?

Kamil - Jesteśmy drugą tego typu kapelą po Pauli i Karolu i jesteśmy do nich notorycznie porównywani. Ale to chyba tylko dlatego, ze jest nas dwoje, jesteśmy duetem damsko-męskim i gramy na pudle. Oczywiście Paula i Karol są bardzo mili, ale… no życie. [śmiech]

Kim jest Lilly z nazwy waszego zespołu?

Kamil- To ja zawsze odpowiadam na to pytanie [śmiech]. Nazwa wzięła się stąd, że kiedyś jechałem pociągiem do domu, i widziałem taką wytatuowaną, wypiercingowaną dziewczynę. Wyróżniała się z tłumu. Pomyślałem, że ta dziewczyna nie chciała by dostać na urodziny kwiatów. I nadałem jej imię Lilly.

A kto wpadł na pomysł zrobienia coveru “Call Me Maybe”?

Kasia – Kamil!

Kamil – Traktujemy to półserio, i zawsze zaznaczamy, że ta piosenka to żart. Niektórzy podchwytują, niektórzy myślą, że to nasz numer. Lubię takie inne podejście do utworów znanych wszem i wobec, niekoniecznie nawet lubianych. Na przykład Johny Cash nagrał piosenkę “Hurt” i wszyscy myślą, że to jest jego piosenka. To nie jest jego piosenka, tylko Nine Inch Nails. Tak samo, jak wszyscy myślą, że “The House of Rising Sun” jest Animalsów. A to nie jest ich piosenka, to jest cover. Jest dużo takich piosenek i z tym utworem tez chcieliśmy tak zrobić – podejść od zupełnie innej strony. Tak jak Jose Gonzales przy “Heartbeats”. I wypłynął na tym coverze. Co nie znaczy, ze my chcemy wypłynąć na “Call Me Maybe”! [śmiech] To bardziej eksperyment, żeby sprawdzić, czy się da. I da się.

rozmawiała Maria Grudowska