Lowtide – “Lowtide”

Lowtide – “Lowtide”
Lost and Lonesome/2014

Niedaleko pada Lowtide od Slowdive…

Ci, którzy nigdy nie zrozumieli na czym polega fenomen gaze’ujących grup z lat 90., często tłumaczą to prostymi zarzutami pod adresem ich muzyki. Przerostu formy nad treścią czy też wszechobecnemu noise’owi i gitarowym zniekształceniom. Slowdive pod tym względem byli zawsze odmieńcami, gdyż obrali nieco inną ścieżkę, nadając nowej głębi muzyce gitarowej. Kreując własny świat pełen nostalgii i odrealnionych dźwięków, weszli na wyższy stopień wrażliwości. Zachowali przy tym autentyczność i twórczą wolność, nieograniczoną schematami.

Mimo że od czasów premiery Souvlaki minęło 21 lat, próżno szukać następców Brytyjczyków. Ich własny świat pełen nostalgii i odrealnienia jest na tyle trudny, że niemal niemożliwy do zapożyczenia. Przenieść tę wrażliwość i stopień melodyjności udało się w ostatnich latach nielicznym jak Destroyalldreamers i Malory. Ale to właśnie w Lowtide upatrywać można kontynuatorów tradycji melodyjnego piękna. Ich tegoroczny pełnowymiarowy debiut stawia ich w pierwszej lidze z pionierami gatunku. Coś, co tak niemożliwe wydawałoby się dziś do osiągnięcia.

Na czym polega “sukces” Australijczyków z Melbourne? Tak jak w przypadku twórców “Alison” jest to przede wszystkim szczerość i niespotykana wrażliwość. Zarówno otwierający płytę utwór “Whale” jak i ostatni na debiucie “Still Time” mogłyby stać się hymnem jesieni i soundtrackiem dla tej specyficznie nastrojowej aury. Nie przypadkiem jako trzeci na płycie znajduje się instrumentalny przerywnik zatytułowany po prostu “Autumn”. Poprzedza wyjątkową kompozycję “Blue Movie”, która mimo prostej budowy zapada na długo w pamięć. Jak utwory Chapterhouse, Lush czy właśnie Slowdive. Tym, co przełamuje pewien koncept płyty, są dwa żywsze momenty “Held” i “Wedding Ring”. Zdecydowanie bliżej im do indie-popu niż nu-gaze’u. Są jednak na tyle melodyjne, iż stanowią dodatkowy dowód niebanalności płyty. I służą za atut – Lowtide pokazują dzięki nim swe nieco inne oblicze. Muzycy dowodzą swej wszechstronności obok nastrojowych ballad spod znaku Low czy Galaxie 500 (“Yesterday”) komponując instrumentale jak niegdyś Destroyalldreamers (“Maxille Leaving, Seaward”).

Mimo wydania takiej płyty trudno spodziewać się, że Lowtide zostaną szybko i należycie docenieni. Ale Ci, którzy o nich usłyszą, z pewnością zapamiętają na długo! Powolne nurkowanie czy niskie przypływy – w końcu chodzi o to samo, oceaniczny bezkres. Z bogactwem tworów (i melodii).

Mateusz Cudo