M83 – “Hurry Up, We’re Dreaming”

M83 – “Hurry Up, We’re Dreaming”
Mute, Dream Music/2011

Kolos na glinianych nogach.

Anthony Gonzalez przez ostatnie dziesięć lat skrzętnie wpisuje się w shoegaze’owo-synth popową estetykę, będąc wprawdzie nierównym, ale potrafiąc utrzymać swoją mocną pozycję. Bawiąc się przestrzennymi kompozycjami okraszanymi gęsto pogłosowymi ścianami gitar i syntezatorami nadał swojemu projektowi dosyć duszny, melancholijny klimat. Płyta “Saturdays = Youth” potwierdziła kreatywność wzbogaconą nieco psychodelicznymi tekstami, by nagle coś, co mogło być tego świetną kontynuacją, rozmyło się wśród marzeń. Bowiem najnowsze “Hurry Up, We’re Dreaming” to zbyt monumentalny, przesłodzony szkielet jak na dosyć wycofanego artystę jak M83.

Gdy do sieci trafił singiel promujący album, wszyscy wpadli w zachwyt. “Midnight City” jest idealną zapowiedzią płyty – w końcu synth pop z wyższej półki. Oczekiwanie na noc, przesterowane gitary, nieskomplikowana perkusja i syntezatorowy beat to w gruncie rzeczy jego atuty. Jednakże zapętlony kilkadziesiąt razy pod rząd na playliście staje się kawałkiem, z którego zaczyna przebijać więcej popu niż elektroniki, ale nadal jest najmocniejszym punktem płyty. Podobnie jest z przestrzennym intro, na którym udziela się Zola Jesus. Szeptany wokal w połączeniu z wibrującymi syntezatorami i nagłym wejściem Gonzaleza tworzą potężną aurę niepokoju, by dalej rozwinąć warstwy melodyczne. W końcu pozostałe kawałki opowiadać mają o marzeniach, snach i nierzeczywistości, muszą mieć więc odpowiednio przejmujący wstęp. Niestety na tle wspomnianych dotąd dwóch piosenek wypadają raczej miałko. M83 spełniając własną fantazję, zamiast kolejnego świdrującego w głowie albumu, osiągnął efekt przeciążenia. Tworząc aż dwadzieścia dwa kawałki sprawił, że szybko zlewają się one w jedną, trochę bezkształtną, podrasowaną synth popem masę. Wprawdzie są piosenki, które starają się jakoś bronić, ale to trudna walka, kiedy przeciwnikiem jest przytłaczająca senność z rąk Gonzaleza. “Reunion” zaskakuje jeszcze żywą rytmiką, natomiast “Wait” urzeka melancholijną aurą spokojnych gitar i krystalicznym głosem M83, więc trudno mu się oprzeć. Właśnie takie perełki psują instrumentalne przerywniki trwające trochę ponad minutę.

Oczywiście, że można by je tłumaczyć tym, że Francuz chciał dać oddech słuchaczowi, przestrzeń na głęboką refleksję, ale momentalnie ona niknie w nadmiarze tych ciągłych przeskoków. Zamiast mówić o senności, “Hurry Up, We’re Dreaming” staje się usypiające do tego stopnia, że tęskni się za wcześniejszym albumem. Nowego nie ratuje ani pomysł, ani przekombinowanie, jak choćby dzwoneczki, uroczy tekst i dziecięcy wokal w “Reconte-Moi Une Histoire” czy nużący beat w “Claudia Lewis”.

M83 na pewno nie można zarzucić braku weny twóczej ale już innowacyjność mocno przy niej kuleje. Nadmiar wrażeń, jakie znalazły się na najnowszym albumie Gonzaleza jest trudny do ogarnięcia nie tylko przy pierwszym odsłuchu, ale i przy kilku następnych. Wydawać by się mogło, że artysta uparcie chciał przekazać wszystko, co miał do powiedzenia, ale upchnął to również w mnóstwo niepotrzebnych dopisków muzycznych, o których była mowa wyżej. “Hurry Up, We’re Dreaming” traci przede wszystkim na braku płynności, a także gęstych, monumentalnych aranżacjach jak choćby ta w “Soon, My Friend”. A jak wiadomo – co za dużo przepychu, to niezdrowo.

Monika Pomijan