Maja Koman – “Pourquoi Pas”

Maja Koman – “Pourquoi Pas”
Sonic Distribution/Warner Music/2014

Czy ta pani da mi odetchnąć?

Oglądam sesję zdjęciową i okładkę płyty Mai Koman. Przypominam sobie, że jeszcze w czerwcu podczas wywiadu mówiła mi, że porządek i ład jej nie lubią. Ponownie patrzę na okładkę i nie mogę odrzucić wcześniejszego kredo, że będzie to płyta dystyngowana, salonowy album do lampki wina w towarzystwie ludzi we frakach. Chaos zawsze zwycięża – czytam dalej w wywiadzie i wpadam w lekkie roztargnienie. Bo ja to chciałem muchę założyć, wysłuchać jejmości w miętowym salonie z kafelkami. Tak “con amore”, bez rozgardiaszu i fermentu.

Pierwszy łyk wina Montessu z Sardynii biorę z pierwszym dźwiękiem kontrabasu z utworu “My Dear Dear”. Mam nadzieję, że nie obraziłaby się też z tego powodu Kari Amirian i jej młodsza koleżanka Oly. Jako fan artystek NextPopu jestem lekko zawiedziony, że “gdzieś to już słyszałem”. Mimo wszystko nadal jest w tym pewna lekkość, mimowolnie odpływasz, sam utwór bywa bardziej transowy niż twórczość poprzedniczek. Moją wielką sympatię zdobył następny kawałek “Beat Me”, a w szczególności jego refren. Mam wrażenie, że za moimi plecami stoi chórek małych dziewczynek, które trzymają w dłoni okrągłego lizaka i pokazują jęzora. Kompozycja “Pure Exchange” sprawia, że wracam do poprzedniego stanu. Cudowne skrzypce, kontrabas, ukulele, które mogliśmy podziwiać równo dwa lata temu na kanale BalconyTV. Mocne i zaskakujące ostatnie minuty kończą szykowną paletę bardziej “posągowych” utworów na tym krążku. Wino wylewamy do sedesu, a z lodówki wyciągamy coca-colę. “It’s Not Mine” zalatuje bardziej twórczością Kate Nash, chociażby takich utworów jak “Birds” czy “Merry Happy”. Już nie w szpilach, ale boso, nie po pinakotece, ale po łące biega sobie Maja Koman. Francuskojęzycznym “Kika” autorka pisze swoją autobiografię, opowiada o sprawach trudnych, a my czujemy się jak w bajce wprost z France Televisions.

Powrót do Polski jest bardzo bolesny, w szczególności dla wszystkich mężczyzn i chłopców. Hit “Babcia mówiła” jest już wszystkim bardzo dobrze znany. Maja klnie i otwarcie krytykuje. Wyśpiewuje swój manifest, z którego na tej płycie całkowicie bym zrezygnował. Kawałek bez asekuracji, jego obecność jest dla mnie całkowicie niezrozumiała. Maja będzie moralizować jeszcze na “Dziadzie”, który także nawiązuje do polskiej tradycji ludowej. Artystka deklamuje tekst, który świetnie komponuje się z chórkami. Gdybym startował w slamie poetyckim bez wahania wybrałbym właśnie ten kawałek, którym najprawdopodobniej zdobyłbym pierwszą nagrodę. Dzikości, brudu i muzycznego zadziora doświadczymy także na “Zmarszczkach”. Autorka nabiera oddechu pomiędzy rytmicznymi frazami, pisze kolejny kodeks, komentuje przywary, ludzkie trudności i dylematy. Rozrzedza słowa i rzetelnie wyciąga wnioski. Po “kazaniu” pani Koman możemy czuć się lekko zdławieni i znużeni. Ona też to dostrzega, dlatego odpocznijmy od myślenia przy “Śpij człowieku” i “Blue Moon”. “Dear Sadness” to swoista kontynuacja pozycji numer trzy, pożegnanie w hałaśliwym stylu.

Kiedyś czytałem wywiad z poetą Bohdanem Zadurą, który pierwszy raz wylądował na imprezie i podpił trochę węgierskiego wina Csemegebor. Z nazwy wydawało mu się to wykwintnym i drogim trunkiem, ale dopiero później, kiedy nauczył się języka, zorientował się, że to wino było raczej no name, bo co to za nazwa własna “wino delikatesowe”. “Pourquoi Pas” wydawało mi się nazwą dystyngowaną, choć francuskiego nie znam. Miałem płyty wysłuchać u siebie w salonie, a tymczasem latam z miejsca na miejsce. Czy ta pani da mi odetchnąć?

Mateusz Grzeszczuk