Mando Diao – “Above and Beyond MTV Unplugged”

mtv-unplugged-mando-diao_mando-diaoimages_big302754850.jpg Mando Diao - “Above and Beyond MTV Unplugged”
Universal Music Group / 2010

Czy ABBA miała swoje MTV Unplugged? Czy miał je Yngwiee Malmsteen? Czy dla najsłynniejszej muzycznej telewizji zagrali bez prądu In Flames albo The Hives? Nie. A Mando Diao tak.

Wszyscy wymienieni wykonawcy, wbrew pozorom, posiadają wspólny mianownik. Jest nim Szwecja. Autorzy “Give Me Fire” jako pierwszy wysłannik tego kraju, dostąpili takiego zaszczytu. Dziś już nieco wątpliwego i zdewaluowanego, zważywszy na to, jaką transformację MTV przeszła. Ale liczy się fakt. Poza tym takie zaproszenie to okazja do wzbogacenia swojej dyskografii i przedstawienia własnej twórczości w innym świetle. Mando Diao wypełnili oba te punkty. “Above and Beyond MTV Unplugged” została wydana bardzo ładnie i bogato na: CD, 2CD, Blu-Ray’u, DVD i Bóg wie, czym jeszcze. Za owym wydawniczym przepychem podążyła, na szczęście, jakość albumu. Naturalnie, zawiera on utwory z całego przekroju kariery grupy, z którego ta, wybrała piosenki najbardziej chwytliwe i przebojowe. A, jak wiem z doświadczenia, chwytliwość i przebojowość Mando Diao oznaczają coś smacznego.

Zespół zastosował ciekawe rozwiązanie i w wielu przypadkach wymienił kompozycjom ładunek emocjonalny. Bardzo prosty przykład. “Dance With Somebody”, który w oryginale uderza tanecznym rytmem i heroizmem, w wersji akustycznej nabrał wielkiego liryzmu i spokoju. I większość płyty utrzymana jest w podobnych nastrojach. Grupa nie szarżowała zbytnio z aranżacjami. Pojawiają się za to skrzypce, pojawia się harmonijka ustna. “No More Tears” brzmi jak swojskie country, “High Heels” jak rasowy blues, a “How We Walk” to piękny folk. Całość jest na wskroś amerykańska, zagrana z luzem i lekkością. Lecz najważniejsze, że słychać po prostu Mando Diao. Szczerych chłopaków, którzy śpiewają dobre piosenki. I w sumie nieważne, że gościnnie pojawiają się Juliette Lewis i Ray Davies.

Ich udział nie jest aż tak znaczny. Udział wrażliwych Szwedów w zupełności wystarczy. Kiedy grają akustycznie wierzę Im jeszcze bardziej. Bo to płyta koncertowa, bo nagrana przy żywo reagującej publiczności, bo brzmienie jest surowe, a sam występ wydaje się być niezwykle naturalny i bezpretensjonalny. Bo “Hail The Sunny Days” brzmi tak, że śmiać się chce, bo tytułowa Gloria wydaje się jeszcze piękniejsza.

Michał Baniowski
baniowski.wordpress.com