Marika Hackman – “We Slept at Last”

Marika Hackman – “We Slept at Last”
Dirty Hit/2015

Historie intymne.

Młoda kobieta, była modelka, twarz znanego ekskluzywnego domu mody Burberry, postanawia zająć się muzyką. Pisze piosenki. Smutne, melancholijne, bardzo osobiste. Nie tego typu kompozycji moglibyśmy się spodziewać po dziewczynie z takim życiowym startem, prawda? A jednak, w tym przypadku przygoda ze światem wybiegów, błyskających fleszy i pokazów była przypadkiem, a muzyka – dodajmy dojrzała i autorska muzyka, nie żadne zapychacze anteny rodem z popularnych rozgłośni radiowych – świadomym i naturalnym wyborem. Dźwięki były obecne w domu, w którym wychowała się Hackman, w zasadzie od zawsze. Led Zeppelin, Pink Floyd, Genesis, Yes, Steely Dan. Ich klasyki stanowiły znakomitą podstawę: to po prostu świetnie napisane numery. Na nich wyrosła Marika mimo, że jak sama twierdzi, raczej nie słychać ich w jej utworach.

Nie zna się na modzie, zakłada to, co właśnie jest czyste, woli się wyspać niż poświęcić godzinę na robienie make-upu. W trakcie wywiadów zamyślona, wspomina o swojej mrocznej stronie osobowości, która dochodzi do głosu akurat podczas tworzenia piosenek. Chce, by słuchacz zatracił się w mroku, został wciągnięty w świat wykreowany w nagraniach. Sama uwielbia takie właśnie kompozycje, a efekt na którym jej zależy, udaje się według niej osiągać Laurze Veirs, którą uwielbia oraz popularnych również w Polsce paniach z Warpaint. Odżegnuje się od folkowej etykietki, która została jej natychmiastowo przyczepiona. Eksperymenty i poszukiwania, obecne na debiucie wokalistki będą z pewnością kontynuowane na kolejnych albumach. Zaskoczenie i wola zaprezentowania czegoś świeżego i odkrywczego zdają się napędzać jej działania – to nie są tylko proste, akustyczne utwory.

Idealną zapowiedzią zawartości krążka wydaje się okładka. Eteryczna, odrealniona, tajemnicza. Taka właśnie jest ta płyta. Na “We Slept at Last” dzieje się dużo. Od strony instrumentalnej oprócz gitary pojawiają się smyki, flet, sitar. Ciekawe aranżacje i oryginalne teksty sprawiają, że poznawanie płyty jest fascynującym i nader przyjemnym procesem, który wymaga pewnego nakładu czasu i energii. Z tym albumem trzeba się zaprzyjaźnić. To nie jest płyta, której można posłuchać w nerwach, pośpiechu i zabieganiu. Ten album wymaga uwagi i co najmniej względnego spokoju i ciszy dokoła. Ale gdy już uda wam się przełamać pierwsze lody, będzie wam ze sobą po prostu dobrze. A może nawet po jakimś czasie okaże się, że staniecie się nierozłączni.

Debiutancki krążek Angielki to rzecz dopracowana i wyrazista, posiadająca swój klimat. Najlepiej chyba będzie słuchać tego longplaya, gdy przyjdzie jesień, powoli będziemy już podsumowywać mijający rok, tworzyć listy ulubionych nagrań i wydawnictw. Na mojej nie zabraknie miejsca dla Mariki Hackman.

Jakub Buszek