Mark Lanegan – “Blues Funeral”

Mark Lanegan – “Blues Funeral”
4ad Records/2012

Pogrzeby, grabarze, szpitale, narkotyki, blues. Wszystko to oznacza, że Mark Lanegan jest w formie.

To jego pierwsza solowa płyta od ośmiu lat. Tak długiej przerwy nie miał jeszcze nigdy, ale przecież wszyscy wiemy, że od “Bubblegum” nie próżnował. Trzy wspólne płyty z Isobel Campbell, dwie z Soulsavers, album the Gutter Twins z Gregiem Dullim, do tego liczne kolaboracje, od QOTSA przez UNKLE po Bomb the Bass. Robi wrażenie, ale zawsze był tylko współpracownikiem, nie grał na tych płytach głównej roli.

“Funeral Blues”, choć Lanegan zarzeka się, że wszystkie piosenki powstały niedługo przed wejściem do studia w 2011, jest naturalnym rozwinięciem pomysłów z “Bubblegum”. “The Gravedigger’s Song” to bliźniak “Metamphetamine Blues”. Myliłby się jednak ten, kto po tym singlu spróbowałby ocenić cały album. Te piosenki są do siebie podobne jeszcze z jednego powodu, są tak samo niereprezentatywne. Bowiem im dalej w las, tym bardziej okazuje się, że szósta solówka byłego wokalisty Screaming Trees wnosi nową jakość. Automat perkusyjny, który na poprzednim albumie pojawiał się sporadycznie, tu odgrywa bardzo ważną rolę. Płyta ma jeszcze duszniejsze, niepokojące brzmienie. Świetnym tego przykładem jest “Riot In my House”, sfuzzowane, buczące gitary, dźwięczące pianino, to wszystko sprawia wrażenie gorącej nocy w Los Angeles i trochę przywodzi na myśl Queens of the Stone Age.

Prawdziwe zaskoczenie czeka pod numerkiem sześć. “Ode to Sad Disco”. Zgodnie z tytułem to elektropopowo-dyskotekowy kawałek. Naprawdę, Mark Lanegan nagrał sześć i pół minuty tanecznej piosenki. Równie zaskakujące jest to, że właśnie ona jest moim faworytem na “Blues Funeral”. “Harborview Hospital” niebezpiecznie zbliża się do Kings of Leon z “Only by the Night”, ale to zbyt świetna piosenka, by ją z tego powodu skreślać.

Zaskakiwać może też wokal Lanegana, zamiast częstotliwości bliskich mruku Leonarda Cohena, Amerykanin częściej decyduje na wysokie (jak na niego) rejestry. Nie martwcie się, bluesy i akustyczności też są. Najładniej prezentuje się “Leviathan” i “Deep Black Vanity”. Choć ten drugi pozostawia lekki niesmak, bo to jedyny moment, w którym Lanegan ociera się o autoplagiat. Gitara gra bardzo podobny motyw do “Kingdoms of Rain” z “Whiskey for the Holy Ghost”.

Teksty, w przeciwieństwie do muzyki, nie zaskakują. Obracamy się w tematach śmierci, uzależnienia, nieszczęśliwego, często patologicznego uczucia. Wszystko na tle Los Angeles, ale nie tego, które można zobaczyć w hollywoodzkich produkcjach. LA na “Blues Funeral” jest mroczne, nieszczęśliwe, bezduszne.

Lanegan wrócił po ośmiu latach przerwy ze swoim najmocniejszym materiałem w karierze. Solidny kandydat do płyty roku.

Michał Wieczorek