Marketa Irglova – “Muna”

Marketa Irglova – “Muna”
Warner Music/2014

I znów niewinnie i bez napięcia.

Od czasu przygody w irlandzkim melodramacie “Once” minęło sporo czasu. Czasami wydaje mi się, że Irglova dała już o sobie lekko zapomnieć, pogrążyła lekko w dźwiękowych kontemplacjach, stojąc daleko od muzycznych bestsellerów. Jeżeli myślę o Markecie, myślę jednocześnie o kobiecie, w której dokonało się wiele przemian, która postanowiła już dawno temu ująć siebie w taką formę, której daleko byłoby od celebryckich skandalików i modnych melodyjek.

Irglova do produkcji drugiego albumu zaprasza realizatora Sturla Mio Thorissona. Tym właśnie krążkiem przypomina siebie i chyba bez skrępowania wychodzi ponownie na muzyczne podwórko. “Muna” nie wprowadza żadnych rewolucji, żadnych niebezpieczeństw. Marketa nie stała się po latach bardziej pruderyjna i powszednia. Tych jedenaście utworów pozostaje w poetyckiej narracji, zawierając jednocześnie pewien ładunek symboli i znaczeń. Słuchacz ma okazję znaleźć się w różnych przestrzeniach, począwszy od “Point of Creation” – czyli katedralny klimat, chóralny śpiew, duch i unoszący się Bóg w powietrzu. No może i czasami nieco kolędowy i zbyt patetyczny nastrój. “The Leanding Bird” to najważniejszy utwór na płycie, do którego tekst napisała Aida Shahghasemi. Singiel zawiera największy pokład energii i wygląda dosyć słabo przy następnym “Fortune Teller”, który uznałbym za muzyczny autosabotaż. I choć nie oczekiwałem od Czeszki niczego nowego, to nieco “agrarna” fantastyka w klimacie filmowych produkcji amerykańsko-nowozelandzkich nie bardzo mi pasuje. Później (wreszcie) powracamy na Ziemię z lekkimi dźwiękami pianina w  “Without a Map”…

Do nagrywania albumu Marketa zaprosiła aż 27 muzyków, którzy w większości pochodzą z Islandii. Przekonasz się o tym wraz z przesłuchaniem fantazyjnego “Remember Who You Are” (duuużo emocji!) Co dalej? Dalej ciekawe, czyste i naturalne dźwięki, oparte na analogicznych mechanizmach – pianino, lekka perkusja w tle, gdzieniegdzie lekka gitara i najmocniejsze na tym albumie – chórki. Ciekawe rzeczy zaczynają się rozgrywać dopiero na “Gabriel”, gdzie uruchamiając wyobraźnię, potencjalne skojarzenia wyeksportują nas nad brzeg wielkiej wody. Tam właśnie Marketa wychodzi nieco poza rolę ekumenicznego muzyka. Na zakończenie “This Right Here”, czyli wywołanie na pożegnanie refleksyjnych uniesień, pozbawione transgresyjnego efektu.

“Muna” to album dla tych, którzy mają świadomość własnych ograniczeń i boją się wywoływać emocje. Taka sama bywa Marketa – o ile chciałaby, aby jej muzyka stała daleko od wielkiej ekspresji i wstrząsu, o tyle bywają momenty, które oprócz łez wzruszenia dają nam szansę na większe napięcie i dźwiękową różnorodność… Ale jest ich jeszcze zbyt mało.

Mateusz Grzeszczuk