Marla Cinger – “Congs”

przodx.jpg Marla Cinger – “Congs”
2010

“W autobusie ścisk jak kutas, nienawidzę tego miasta” – takie wielce optymistyczne słowa padają na początku piosenki pt. “Autobus”, otwierającej debiutancki album Marly Cinger. Grupa jest laureatem ostatniej edycji Uchodromu – konkursu , który umożliwił grupie wydanie “Congs”.

Nie da się ukryć, że “Congs” jest zbiorem miejskich opowieści. Miejscami może banalnych, ale równie banalne bywa życie w betonowej dżungli. Marla Cinger to miastowa wariacja na temat damskiego sing/songwritingu, w którym rządzą teksty Joanny Kucharskiej oraz akustyczna gitara i wyjątkowo mocno wyeksponowany jak na ten gatunek bas. Dziwić to nie powinno, zważywszy, że głównym instrumentem liderki jest właśnie czterostrunowiec.

Pierwsze kilka piosenek wypada niemrawo, co można zrzucić na brak perkusji. “Moje Maksymy Zawsze Mają Rymy” kończy się dokładnie w tym momencie, w którym zaczęło rozkręcać się właśnie dzięki wejściu bębnów. Jeśli mu na to pozwolić, prosty rytm perkusji i basu potrafi napędzić całość, co znakomicie ilustruje “Przygoda”. Na pierwszej połowie “Congs” najciekawiej wypadają kawałki, w których rolę wokalisty przejmuje  Adam Olesiejuk. “Mutacja” urozmaicona harmonijką oraz “Przemeblowanie” z odgłosami audycji i hałasem w tle, frapują ciekawymi pomysłami i atmosferą.

Na szczęście, druga połowa albumu łapie wiatr w żagle. “Rower” czy “Maj” swoją dynamiką i naturalną lekkością z łatwością zmuszają do mimowolnego tupania nogą i nucenia. Osobnym tematem są wspomniane już teksty. Kucharska pisze swoje piosenki w formie krótkich historii, utrzymanych w ironicznym tonie. Sporo w nich frustracji i złości (“Maj”), przedstawionej jednak w inteligentny i zdystansowany sposób: “Za każdym razem kiedy płonie mój dom czuję się lepiej. Wyłączyli mi telefon, wyłączyli mi prąd, czuję się świetnie”. Niestety, niecała jedenastka jest utrzymana w tym klimacie, ponieważ melancholijne “Darkest Night” i “Wieża” są jednymi ze słabszych utworów na płycie.

Szkoda, że Marli Cinger nie udało się uchwycić w studiu energii, jaką posiada ich muzyka na żywo. “Congs” jest miejscami przeciętne, miejscami niezłe, ale przede wszystkim czuć w nim niewykorzystany potencjał. Cóż, wniosek z tego taki, że tej grupy należy słuchać na koncertach.

Krzysztof Kowalczyk