Mela Koteluk – “Migracje”

Mela Koteluk – “Migracje”
Warner Music Poland/2014

Bez syndromu drugiej płyty.

Gdyby nie solowy debiut Artura Rojka, śmiało można by powiedzieć, że nowy album Meli Koteluk to najważniejsze muzyczne wydarzenie tego roku w Polsce. Artystka, która w ciągu dwóch lat udowodniła, że prestiż, także ten medialny, można budować przede wszystkim na muzyce, wydała właśnie płytę zatytułowaną “Migracje”.

W porównaniu do dość surowego “Spadochronu“, nowy krążek jest krokiem naprzód, znacznie bliżej mu do wysublimowanych dźwięków, co w dużym stopniu jest zasługą producenta Marka Dziedzica. Mela postawiła na zaufany zespół, który po raz drugi nie zawiódł, choć nie da się ukryć, że tak finezyjny wokal zasługuje na nieco bardziej szlachetne brzmienie bębnów.

Na krążku nie zabrakło subtelnych kompozycji cechujących pierwszy album. Takie utwory jak: “Na wróble” czy “Tango katana” najlepiej definiują wrażliwość artystki. I wydaje się, że to właśnie tę wrażliwość docenili odbiorcy, którzy w czerwcu 2012 roku jeszcze nieśmiało, z pewnym znakiem zapytania odwiedzali niewielkie sale koncertowe w całej Polsce. I którzy po godzinie klimatycznej muzyki przekonywali się, że Mela Koteluk to nie substytut Gaby Kulki czy Katarzyny Nosowskiej, a artystka kreująca własną przestrzeń. I przez to wolna.

Przebojowość przyszła wraz z popularnością, zyskiwaną w najlepszy sposób, bo poprzez własną twórczość. “Migracje” są istotnym zwrotem ku tej przebojowości. Mela odważnie postawiła na piosenki z potencjałem radiowym, “Fastrygi” i “Żurawie origami” to bardzo dobre, wybijające się utwory. Płyta jest w pewnym stopniu przeciwwagą dla nostalgicznego “Spadochronu”. Miejmy nadzieję, że nostalgia i przebojowość pozostaną w przyszłości w partnerskich relacjach. W końcu dół też jest twórczy.

Płytę kończy “Jak w obyczajowym filmie”, mocno zyskujący na bogatym brzmieniu i zabawach producenckich nad wokalem Meli. Dla wnikliwych słuchaczy to nie zaskoczenie, mając w pamięci współpracę artystki z Olafem Deriglasoffem.

Albumem “Migracje” Mela Koteluk dołącza do grona artystów niedotkniętych syndromem drugiej płyty: Kari Amirian, Skubasa czy Sorry Boys. Co ważne, daje nadzieję na jeszcze więcej. Nie cierpimy na brak jednosezonowych gwiazd, te pojawiają się wystarczająco często. Brakuje jednak postaci, artystów, którzy nie zawsze płyną z prądem. Kreują, a nie dostosowują się. Mela Koteluk z całą pewnością może nawiązać  do wspaniałych karier wokalistek lat dziewięćdziesiątych: Kasi Kowalskiej czy Edyty Bartosiewicz. Ostatecznie, niecodziennie otrzymuje się nagrodę imienia Grzegorza Ciechowskiego, człowieka, który przede wszystkim kreował.

Tomasz Błaszkiewicz

PS Pamiętacie pierwsze “pospadochronowe” opinie, np. “Brzmi jak Nosowska”? Dziś już chyba nie wątpliwości. Pozwolę sobie na delikatną parafrazę. A zatem: “Brzmi jak Mela Koteluk!”