Mela Koteluk – “Spadochron”

Mela Koteluk – “Spadochron”
EMI Music Poland/2012

Udany, mało ekstremalny skok.

Pierwsze przypadkowe spotkanie z muzyką Meli Koteluk zaowocowało tym, że natychmiast czekałam na następne. Przypadkiem trafiłam na “Dlaczego drzewa nic nie mówią” i pomyślałam – oto jest!

Kto? Kobieta o ciekawej barwie głosu, śpiewająca po polsku piękne popowe melodie z dobrymi tekstami. Czyli jest element, którego mi ostatnio w “międzypłytowym” okresie starych wyjadaczy (i wyjadaczek) brakowało. “Granda” Brodki została już mocno wyeksploatowana, a ubiegłoroczne płyty Marceliny i Izy Lach także straciły swoją świeżość. Powstała luka, brakowało piosenek, które najzwyczajniej w świecie można by po polsku pośpiewać. Takich bezpiecznych, wyśrodkowanych melodii, równoważących wszelkie konwencjonalne odjazdy i przypomniały dobre znaczenie słowa “pop”. W katalogu młodych i zdolnych pojawiła się kolejna, dobrze rokująca postać. Panie i Panowie – Mela Koteluk!

Zanim “Spadochron” się urzeczywistnił, Mela śpiewała w chórkach Gaby Kulki i Scorpions. Autorski materiał prezentowała także w konkursie “Make more music”. Od kilku miesięcy w sieci krążył tytułowy “Spadochron”, a w komentarzach słuchaczy raz po raz pojawiały się porównania do Katarzyny Nosowskiej. Nie przypadkowo, bo barwa głosu obu wokalistek, po części także stylistyka, w istocie są bardzo zbliżone. Jak na początek – całkiem niezłe porównanie.

Na debiucie Mela prezentuje dwanaście piosenek pełnych dziewczęcego uroku. Ciepłych, emocjonalnych melodii wyśpiewanych lekko szorstkim głosem. Wokalnie pływa w dźwiękach i tonacjach, odważnie wykorzystuje swój głos, często opierajac na nim cały ciężar kompozycji. W “Stale płynne” urzeka prostotą, subtelnym połączeniem wokalu ze strunowym akompaniamentem. Dla kontrastu w utworze “Wolna” serwuje muzykę lekko elektroniczną, wbrew tytułowi taneczną. Między nimi utyka rozmarzone, baśniowe “Rola gra” i przebojowe “Pojednanie”. Ballad w stylu “Niewidzialnej” życzyłabym wszystkim tworzącym – tak wewnętrznie rozedrganych, kipiącycych od emocji, podkreślonych każdym dźwiękiem – czy to wokalu, zawodzącego saksofonu, czy potęgującej wrażenie perkusji. Na koniec jeden anglojęzyczny wyjątek “In the Meantime” – chłodny, poszukujący, inny od reszty. Ta kompozycja zamyka ten album, ale nie domyka całości. Zostawia miejsce na niedopowiedzenia, zwiększa ciekawość.

Na “Spadchronie” zgrabnie uwydatnione zostały drobiazgi codzienności, gesty, emocje i znaczenia. Ciekawe teksty czasem wpadają w ucho same, innym razem trzeba trochę się uważniej wsłuchać, aby je odkryć. Wydaje się, że “Wolna” to typowa damsko-męska potyczka, koncentrująca się na naiwnym “tyle zdarzeń łączy nas”, podczas gdy w tekście znajdziemy sporo fajnych słownych zlepek. Takich niespodzianek na “Spadochronie” jest wiele.

Nie wiem, czy dominujący klimat pozwoli tej płycie na festiwalowe sukcesy, niemniej jednak sceny klubów i głośniki wszystkich wyczekujących ciekawego popu z dobrym tekstem powinny przyjąć ją z ochotą.

Katarzyna Wojtasik