Melancholijne lato – wywiad z Olivierem Heimem

Melancholijne lato – wywiad z Olivierem Heimem

“Cieszę się, że jestem częścią tego środowiska” – Olivier opowiada o polskiej scenie muzycznej i albumie “A Different Life”.

Z tres.b nagrał trzy płyty, jako Anthony Chorale dwie, ma Paszport Polityki, urodził się w Stanach Zjednoczonych, wychował w Luksembrugu, ale od kilku lat domem nazywa Warszawę. Oliver Heim pod koniec ubiegłego roku wydał album “A Different Life” (recenzja) i od niego rozpoczęliśmy rozmowę.

Michał Wieczorek: Dlaczego dość radykalnie zmieniłeś brzmienie swoich piosenek?

Moje pierwsze dwa wydawnictwa były oparte na brzmieniu akustycznych instrumentów. Lubię stawiać sobie nowe wyzwania, próbować nowych sposobów pisania piosenek, szukać nowego brzmienia i stylistyki. Czułem, że na najnowszej płycie dobrym pomysłem będzie odejście od akustycznych, lekko folkowych piosenek. Bawiłem się brzmieniem gitary, szukając odpowiedniej atmosfery, aż trafiłem na to, które mi odpowiadało. Z lekkim pogłosem, trochę falujące i ono zainspirowało cały album.

No właśnie, twoje nowe piosenki kojarzą się z latem.

Kilka z nich napisałem jeszcze późną wiosną, resztę już latem. Może ma to z tym coś wspólnego…

Innym moim skojarzeniem jest Kalifornia z lat 80.

Rzeczywiście, myślałem o amerykańskim lecie, ale dekadę wcześniejszym. To uczucie faktycznie było inspiracją dla albumu. W tym czasie słuchałem też dużo muzyki ze Stanów jak Cass McCombs, Kurt Vile czy Ariel Pink, wróciłem też do moich ulubionych Beach Boys. Jedna piosenka nosi tytuł “Pasadena” i jest to bezpośrednie odniesienie do Kalifornii.

Byłeś tam kiedyś?

Dwukrotnie. Za pierwszym razem z rodzicami, byłem wtedy małym chłopcem. Druga moja podróż do Kalifornii miała miejsce 9 lat temu, kiedy wybrałem się tam z Tomem (Pettitem, perkusistą tres.b – przyp. red.). Przylecieliśmy do San Francisco, a stamtąd jechaliśmy do Vancouver, więc liznąłem trochę atmosfery Zachodniego Wybrzeża.

Ciekawe jest, że miejsca, w których nigdy nie byliśmy są czasem mocniejszą inspiracją niż te odwiedzone. Ennio Morricone nigdy nie mieszkał w Ameryce, nie mówił też po angielsku, a jego muzyka w stu procentach oddaje klimat dzikiego zachodu i westernów. Może fakt, że te miejsca pozostają abstrakcyjne i wyidealizowane wpływa na siłę ich oddziaływania.

Dlaczego postanowiłeś wydać nowy album pod prawdziwym nazwiskiem?

Łączy się to z ostatnimi zmianami w moim życiu, między innymi z rozpadem tres.b. Gdy zaczynałem pisać piosenki pod pseudonimem Anthony Chorale, to była dość prywatna sytuacja, piosenki były przede wszystkim dla mnie. Miałem wtedy 21 lat i nie skupiałem się na nich za bardzo. Oba wydawnictwa Anthony Chorale wydałem sam, bez pomocy wytwórni, nie zagrałem wielu koncertów. Gdy tres.b zawiesiło działalność, ja jako muzyk byłem zdecydowany kontynuować pisanie muzyki. Zdecydowałem się skupić na solowym projekcie i firmowanie nowego, pełnoprawnego albumu własnym nazwiskiem miało wreszcie sens.

Od czego zaczynasz pisanie piosenki?

Nie chcę popaść w rutynę, więc staram się to zmieniać. W wypadku najnowszego albumu, najpierw wymyślałem progresję akordów, a dopiero potem melodie. Następnie aranżowałem wszystko z muzykami. Teraz pracuję już nad kolejnymi piosenkami i zaczynam od melodii wokalu. Chodzę po mieście i nucę sobie w głowie. Za instrument sięgam, gdy już mam gotowy pomysł i szkic. Staram się wychodzić ze strefy komfortu, żeby zachować świeżość pomysłów. Wielu muzyków ciągle powtarza te same patenty, ja chcę tego uniknąć, zacząłem dodawać elektronikę do swoich piosenek, czego nie wyobrażałem sobie jeszcze parę lat temu. Ważny jest efekt niespodzianki, czasami jest to granie z innymi ludźmi, którzy wnoszą coś niespodziewanego do twojego materiału.

W wywiadach mówiłeś, że nie korzystasz z żadnych gitarowych efektów, jednak na “A Different Life” wróciłeś do nich.

Przeszedłem przez proces charakterystyczny chyba dla każdego gitarzysty. Na początku byłem zafascynowany efektami, otwierały przede mną nowe brzmienia. Gdy pojechaliśmy w trasę promującą pierwszą płytę tres.b, korzystałem z 10-15 różnych efektów, miałem na nie specjalną walizkę. Pisząc piosenki na “40 Winks of Courage” (recenzja), postanowiłem się ich pozbyć. Chciałem naprawdę grać na gitarze, myśleć o grze rękoma, a nie tylko naciskać kolejne pedały i przyciski na podłodze. Przez jakiś czas nie używałem żadnego efektu, ale zmieniałem brzmienie samym sposobem gry, inaczej układałem dłonie, ćwiczyłem różne techniki. Dało mi to wielką swobodę. Nagrywając “A Different Life” (recenzja) wróciłem do przesterów, ale korzystam z nich w zupełnie inny sposób, bardziej świadomie. Rozszerzają moje brzmienie, ale nim nie są. Używam teraz chorusa, phasera oraz reverbu z samego pieca. To podstawowe efekty, ale bardzo ważne dla uzyskanie tego brzmienia gitary.

Mówiłeś też, że ważną emocją jest w twojej muzyce melancholia, a jednak “A Different Life” wydaje się pogodną płytą.

Moje poprzednie nagrania były bardziej zimowo-jesienne. Ta zmiana nie była świadomym działaniem. Nie było tak, że w pewnym momencie postanowiłem nagrać bardziej pozytywne piosenki. Moja muzyka nadal ma pierwiastek melancholii. “A Different Life” to album o miejscach, w których mieszkałem, wszystkich zmianach, które się dokonały, ludziach, którzy byli mi kiedyś bliscy i o tych, którzy są mi bliscy obecnie. Nostalgiczny, ale też z miejscem na patrzenie w przyszłość z nadzieją i świeżą energią. To też pierwsza płyta, która wyszła dokładnie tak, jak powinna. Każdy element jest na swoim miejscu.

Grasz z tym samym składem, z którym nagrałeś płytę?

Wiesz, że nie? Byłem w dość trudnej sytuacji. Adam Byczkowski wyjechał i mieszka w Berlinie, Tom przeprowadził się do Brighton. Karolina Rec pracuje, zaczęła też projekt Resina, więc nie jest tak dostępna jak kiedyś. Pomagają mi przyjaciele, Igor Nikiforow gra na perkusji, Michał Biela na basie, dużo gra ze mną Gosia Penkalla. Mam teraz zupełnie nowy zespół, ale to świetna sprawa.

Wszyscy muzycy, z którymi grałem i gram, są fantastyczni. Teraz piosenki brzmią jeszcze inaczej, bo każdy muzyk wnosi coś od siebie, więc nie wpadam w rutynę i nie nudzę się łatwo.

Grasz z polskimi muzykami, wydałeś album w Lado ABC. Czujesz się częścią polskiej sceny muzycznej?

Jasne. Miałem ogromne szczęście, szczególnie w ostatnich dwóch latach, gdy poznałem wielu ważnych muzyków polskiej muzyki alternatywnej. O taką interakcję zawsze mi chodziło i cieszę się, że jestem częścią tego środowiska. Granie ze sobą w różnych konfiguracjach jest bardzo ważne dla żywotności i pomysłowości sceny. Grałem z Jerzem Igorem, Coldair, Igor gra teraz ze mną. Inspirujemy się wzajemnie.

Myślisz, że jakiś polski artysta ma szanse na sukces w Europie?

W takim przypadku mniej liczy się muzyka, a bardziej praca włożona w nawiązanie kontaktów w nowych krajach – bookerów, managerów, promotorów. Znam kilka zespołów grających po całym kontynencie i oni w każdym kraju mają inną ekipę. Najtrudniejszy jest początek, gdy jeszcze tych kontaktów się nie ma i jedzie się praktycznie w ciemno.

A ty myślałeś o koncertach zagranicą?

Na razie skupiam się na Polsce. W tylu miastach jeszcze nie grałem. Poza tym, czuję się bardzo związany z Polską – mam tu wytwórnię, managera, bookera – ten kraj stał się moją bazą. Nie grałem dużo zagranicą, ale zawsze kiedy miałem okazję, np. na Primaverze czy Reeperbahn – ale nie tylko – byłem określany jako polski artysta.

Rozmawiał Michał Wieczorek
fot. Zuza Golińska/Magdalena Łazarczyk