Metronomy – “The English Riviera”

Metronomy – “The English Riviera”
Atlantic/Because Music/2011

W życiu bym nie uwierzył, że tak będzie brzmiała trzecia płyta Metronomy.

Metamorfozy są dzisiaj najwyraźniej w modzie. W większości przypadków kończą się nie najlepiej, ale sytuacja ta raczej nie dotyczy Metronomy. Pierwszy album zespołu przypominał ścieżkę dźwiękową do gier na Pegasusa i do dziś wywołuje u mnie uśmiech. Nie jestem w stanie zrozumieć, że komuś chciało się sprawdzać w taki sposób możliwości komputera. Efekt okazał się tragikomiczny. “Pip Paine (Pay the 5000 You Owe)” to prawdopodobnie jedna z najgorszych płyt, jakie słyszałem w życiu. Nie zdziwiło mnie więc, że w pewnym magazynie można było przeczytać, że to “kapela dla projektantów grafiki, kolekcjonujących trampki”. Na szczęście to był jednorazowy wybryk. Później Joseph Mount, czyli ręce i nogi Metronomy,  postanowił niemal całkowicie odmienić oblicze zespołu i elektronikę połączył z popem, co sprawiło, że “Nights Out” wylądowało na 6 miejscu w podsumowaniu najlepszych albumów roku 2008 według New Musical Express. Zespół idealnie wpasował się w koniunkturę i zaczął być umieszczany w tym samym worku co Hot Chip, LCD Soundsystem czy nawet Klaxons.

Minęły trzy lata i na rynku pojawia się “The English Riviera”. Metronomy znów się zmieniło. Joseph Mount postanowił spojrzeć w przeszłość i przyjrzeć się swoim rodzinnym stronom w Devon. Mamy więc do czynienia z sentymentalną podróżą i z pewnością jest to słyszalne. W zamierzeniu miało być spokojnie i ten cel również został  osiągnięty. Mount sam stwierdził, że inspiracją stały się dla niego kompozycje takich zespołów jak Fleetwood Mac czy Steely Dan. Prostota stała się więc najważniejszą wartością. Koniec z nadmiernym szaleństwem. Podróż rozpoczynamy 37 – sekundowym intro z odgłosami mew. Zaproszenie efektowne. Przy pierwszym przesłuchaniu najlepiej zamknąć oczy i uruchomić wyobraźnię.

Mamy nadmorskie wybrzeże. Wieczór. Ostatni dzień lata. Małżeństwa z wrzeszczącymi dziećmi pochowały się już w domkach. Pies odłożył z pyska “Głos Wybrzeża” i położył się spać. Na plaży rozpoczyna się wieczorna impreza. Przygrywa zespół, panie proszą panów. Nostalgia miesza się z radością. Po drinki sięgamy ochoczo, więc nogi odmawiają momentami posłuszeństwa. Niby bawimy się świetnie, ale największy kłopot polega na tym, że nie cały czas. Zespołowi zdarza się tak zanudzać, że zaczynamy myśleć o innych rzeczach i, przede wszystkim, o zmianie miejscówki. Alkohol nie pomaga. Wychodzimy poszukać innych rozrywek.

Na “The English Riviera” momentami jest świetnie, a w innych chwilach ta muzyczna podróż staje się udręką. W “NME” Mount powiedział, że chciał zrobić słuchaczom niespodziankę, bo też na tym polega bycie muzykiem. Prawda. Niespodzianka zmienia się tu jednak czasami w rozczarowanie. Nie jestem więc w stanie w pełni zachwycić się najnowszą produkcją Metronomy, bo obok genialnych  “The Look”, “The Bay” znajdują się tu takie “potworki” jak “Trouble” czy “Love Underlined”. Gdyby dzieło składało się z czterech czy pięciu piosenek, prawdopodobnie pisałbym o “Th English Riviera” jako o wydarzeniu. Nie chcę jednak kłamać, bo tak, niestety nie jest. Jedną z największych zalet albumu staje się to, że Mount nie jest już tak wielkim egoistą i dość dużą część płyty wypełniają wokale perkusistki Anny Prior i są to wokale piękne. Mount na dłuższą metę swoim falsetem męczy. Może zasadnicza wina tkwi w tym, że pracuje on nad materiałem sam i nie pozwala innym ingerować w swoje dzieło. A gdyby tak dał szansę? Zobaczymy. O Metronomy jeszcze z pewnością usłyszymy, bo potencjał jest ogromny.

Michał Stępniak