Michael Kiwanuka – “Home Again”

Michael Kiwanuka -Home Again
Polydor/2012

Oczekiwania średnio spełnione.

Media często pompują balon, nie mając ku temu racjonalnych przesłanek. Michael Kiwanuka został ogłoszony przez BBC największą muzyczną nadzieją roku. Zdziwienie było odpowiednią reakcją. Kiedy jednak spojrzymy na innych nominowanych, to wydaje się, iż wybór był może nie do końca taki zły (Skrillex, Azealia Banks, Frank Ocean, Niki & The Dove). Niesmak jednak pozostaje. Na domiar złego kariery ostatnich laureatów nie nastrajają optymistycznie (Little Boots, Ellie Goulding, Jessie J). Zawsze jednak można pójść drogą zwyciężczyni z 2008 roku, czyli Adele. Póki co trudno mi sobie to wyobrazić. Kiwanukę z autorką najlepiej sprzedającej się płyty w ostatnich miesiącach łączy korzystanie garściami z mody na retro i wspólna trasa koncertowa. To w przypadku Kiwanuki jednak zdecydowanie łatwiej o następującą refleksję: mamy 2012 rok, a nie 1970!

Nie zabraniam nikomu konkretnych inspiracji, ale kiedy nagrania brzmią niemal identycznie jak pierwowzór, to nie do końca jestem w stanie się na to złapać. Kiwanuka mówił: Chciałem uzyskać wrażenie jakie się ma przy słuchaniu starszych płyt, poczucie ciepła i spokoju, przenieść słuchacza do jego własnego świata. Po kilkukrotnym przesłuchaniu “Home Again” zapragnąłem jak najprędzej odnaleźć na półce płytę Otisa Reddinga. Jeśli do tego chciał mnie Kiwanuka zachęcić, to składam gratulacje.

Okładka debiutu 24-latka już sugeruje z czym będziemy mieli do czynienia. Kiedy jeszcze mieliśmy okazję zobaczyć artystę w którymś z nagrań wideo, to możemy już mówić o oczywistej oczywistości. To soul (z domieszką jazzu i folku), do którego tańczyli nasi rodzice (dziadkowie?). Może odrobinę lepiej nagrany (produkcją zajął się Paul Butler z The Bees), może zbierający w sobie nieco więcej patentów. Tylko tyle. Po prostu solidna płyta, ale na pewno nie żadne wydarzenie.

Świat Kiwanuki to świat trochę dołujący, ale też wywołujący niekiedy uśmiech na twarzy. Melancholia i afirmacja życia. Rzeczywistość muzyczna, której wyznacznikiem stają się słodkie melodie, chórki czy dojrzały głos. Kiwanuka ma talent i słychać to doskonale, ale jakoś niebezpiecznie kojarzy mi się z chłopcami z telewizyjnych programów, gdzie okazuje się, że nawet bekanie w rytm uznaje się za śpiewanie. Może z tą różnicą, że Kiwanuce jestem w stanie uwierzyć. Po prostu robi to, co kocha.

Wszystko byłoby więc w miarę akceptowalne, ale najgorsze jest jednak to, że “Home Again” na dłuższą metę nudzi. Mamy tu piosenki, które wybijają się ponad przeciętność (“Home Again”, “Tell Me a Tale”, “Always Waiting”) , ale całościowo to raczej przygoda na dwa czy trzy razy. Nic więcej. Nikt mi więc nie wmówi, że mamy do czynienia z dziełem wybitnym, zasługującym na umieszczenie wśród najwybitniejszych płyt ostatnich lat. Do geniuszu i zbierania laurów jest bardzo daleko.

Michał Stępniak