Relacjeprzemek

Mnóstwo dobrych rzeczy – relacja z Open’er Festival, część 4

Relacjeprzemek

Mnóstwo dobrych rzeczy – relacja z Open’er Festival, część 4
6.07.2013/Gdynia

Czwarty dzień pod znakiem “jak podróżować w czasie”.

część 1 >>
część 2 >>

część 3 >>

Ostatni dzień festiwalu zaczął się dla mnie bardzo wcześnie, bo już od pierwszego koncertu. Na scenie AlterKlub zaprezentował się Sambor. Było przyjemnie, pop-rockowo, ale bez polotu. Wprawdzie instrumentalnie był to bardzo wysoki poziom, jednak po samym występie spodziewałam się czegoś innego.

Dlatego też kiedy zbliżyła się godzina 17, poszłam sprawdzić, co zaproponuje nam Magnificent Muttley. Bardzo żałuję, że moja przygoda z nimi rozpoczęła się dopiero teraz. Już pierwsze dźwięki, które wydało z siebie trio przyprawiły o dreszcze. Było to tzw. wejście z buta. Koncert był niesamowicie mocny, przesycony ciężkimi brzmieniami (co cieszyło, bo studyjnie panowie brzmią nieco grzeczniej). Wydaje mi się, że był to zespół, który zrobił największy hałas w namiocie. Było ostro, intrygująco, a zmiany rytmu i tempa urozmaicały kompozycje i wpędzały w zachwyt. Należałoby pochwalić świetnego bębniarza, który odstawiał cuda na perkusji.

Na głównej scenie zaczęli grać już Everything Everything – zespół z Manchesteru. W pełnym słońcu prezentowali swoje nietuzinkowe kompozycje. Byłam zaskoczona tak dobrym koncertem, bo na ostatniej swojej płycie grupa mnie nie zachwyciła. Zdarzyły się świetne motywy gitarowe i te ciekawe, z połamanym rytmem. Wokalista stwierdził, że mamy tu bardzo ładnie (mimo tego, że zamiast zielonej trawy jest już siano). Przyjemnie zabrzmiał utwór “Cough Cough“, gdzie bębny odgrywały główną rolę. Była miła rozgrzewka przed resztą koncertów.

W drodze do Tent Stage można było natknąć się na koncert Hot Casandry, która w ogóle mnie nie interesowała i tak już pozostało. Ich muzyka brzmiała jak mocniejsze disco polo. Czasami zdarza się, że zmierzając na jakiś koncert przechodzimy obok czegoś naprawdę dobrego i zatrzymujemy się tam na dłużej, bo nie sposób się oderwać (tak było np. z Matisyahu drugiego dnia, gdzie trafiłam na wielki finał jego występu). W tym przypadku tak nie było.

Z namiotu dobiegały już dźwięki koncertu Noviki. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tak dobrego występu. Novika kojarzyła mi się zawsze z ciekawym, elektronicznym brzmieniem, które nie sprawdzi się na koncercie. Otóż nie. Zespół grał bardzo mocno, klubowe kawałki nabrały nowego znaczenia, a sama Kasia Nowicka miała niezły kontakt z publicznością. Najlepiej zaprezentował się utwór “Safest“, o którym wokalistka powiedziała, że świetnie im się go gra. To widać. Przy takiej muzyce można było się pobawić, ale także odpocząć.

Za pół godziny na scenie AlterKlub miał grać zespół Crystal Fighters. Jednak najpierw chciałam sprawdzić, co dzieje się na Open’er Stage, gdzie od jakiegoś czasu grał już Miguel – piosenkarz r’n'b. Artysta robił niezłe show, biegał po scenie, rozmawiał z publicznością, a jego występ z fosy pod sceną oglądała sama Rihanna. Koncert ten był różnorodny. Momentami było intymnie, soulowo, innym razem zadziornie i rockowo.

W ciągu czterech dni Open’era przy środkowej scenie nie zgromadziło się aż tak wielu ludzi, co właśnie na Crystal Fighters. Był to jeden z najbardziej energetycznych koncertów tego dnia. Imponująca była ilość instrumentów, którymi zespół mieszał różne style muzyczne. Publiczność bawiła się w najlepsze, podobnie jak muzycy na scenie. Wszyscy śpiewali osobliwe “I Love London“. Niesamowita impreza!

Mount Kimbie zaczęli grać o 21. Na scenie pojawiło się trzech panów i mnóstwo sprzętów elektronicznych. Wydawało mi się, że panowie będą grać jako duet, tylko na konsoletach, okazało się jednak, że będzie to coś więcej, niż zwykłe miksowanie muzyki. Było zaskakująco ciekawie. Post-rockowe gitary w mieszance z mocną perkusją i elektronicznymi samplami dały razem świetny efekt. Były hałaśliwe ściany dźwięku, zmiany rytmu, nietuzinkowe przejścia. Panowie zręcznie wymieniali się instrumentami, co tylko utwierdzało w przekonaniu, że był to niesamowity koncert.

Niestety, Mount Kimbie musiałam opuścić na rzecz Kings of Leon. Szybki marsz i już jestem przy głównej scenie (jeśli tak można nazwać stanie daleko za reżyserką). Na koncert przybyły tłumy ludzi. Zespół zaczął od piosenki “Crawl“, która była mocnym wejściem. Słyszeliśmy także “Pyro“, “Closer” i “Be Somebody“, jednak chyba wszyscy czekali na utwór “Sex On Fire“, który został zaprezentowany w trakcie bisu. Koncert był bardzo dobry, zespół przechodził od mocnych, energetycznych utworów do tych spokojniejszych. Jedyne, co mogło irytować, to niepotrzebne wizualizacje przeplatające się z tym, co dzieje się na scenie ukazane na telebimach.

Po Kings of Leon czas na koncert Devendra Banhart. O tym występie mogę powiedzieć jedno – nigdy nie widziałam czegoś tak dziwnego na scenie. Ten amerykański wokalista to specyficzny człowiek, jego muzyka to zabawa wszystkim, pomieszanie folku z psychodelą. Namiot wypełniony był ludźmi, którzy wsłuchiwali się w czasami komiczne lub taneczne, a czasami nostalgiczne utwory.

Nie mogłam opuścić także występu Jonny’ego Greenwooda (gitarzysty Radiohead) oraz Steve’a Reicha wraz z Ensemble Modern. Koncerty były opóźnione, co mnie w ogóle nie zdziwiło. Po krótkiej zapowiedzi na scenę wkroczył skromny Greenwood z gitarą. Zagrał kompozycję Reicha “Electric Counterpoint”. To, co usłyszał tłum zgromadzony pod główną sceną było niesamowitym przeżyciem. Następnie na scenie pojawili się Ensemble Modern z Reichem, którzy dali około godzinny popis w “Music For 18 Musicians”. Utworowi towarzyszyły migawki z tej edycji Open’era wyświetlane na telebimach. Było to piękne uwieńczenie tej edycji festiwalu.

Wydaje mi się, że przegrałabym życie, gdybym chociaż na chwilę nie wstąpiła na Animal Collective. Dlatego też mimo tego, że na co dzień ich nie słucham, znalazłam się na ostatnim koncercie w namiocie. Muzycy mnie nie zaskoczyli. To był dobry występ, na którym można było świetnie się bawić. Jednak czasami kompozycje były przedłużane, co nie do końca mi się podobało. Koniec końców, giganci muzyki elektronicznej dali energetyczny koncert, który dla fanów będzie na pewno niezapomnianym przeżyciem.

A więc jak podróżować w czasie? Biegać z prędkością światła.

Krótkie podsumowanie 12. edycji festiwalu:

Najlepszy koncert: Skunk Anansie, Arctic Monkeys
Największa niespodzianka: Terribly Overrated Youngsters
Największy zawód: Tame Impala
Najlepsza impreza: Disclosure
Największe odkrycie: Magnificent Muttley
Polak potrafi: Maria Peszek
Pozytywne zaskoczenie: Novika, Mount Kimbie
Największy freak: Devendra Banhart
Najspokojniejszy muzyk: Jonny Greenwood
Trzeba zobaczyć na żywo: Skunk Anansie
Lepiej posłuchać w domu: Kixnare
Warto poznać: Savages, xxanaxx

Koniec i bomba, a kto nie był ten trąba!

Ewelina Malinowska
zdjęcia: Tomek Kamiński/Alter Art

część 1 >>
część 2 >>
część 3 >>