Relacjeprzemek

Moderat z “III” w Warszawie

Relacjeprzemek

Moderat z “III” w Warszawie

Nie ma mocnych.

Porównaniem, którego nie mogłam pozbyć się po piątkowym występie Moderat jest zestawienie niemieckiego trio z czołgiem. Duża, ciężka maszyna, której musisz się poddać. Taka, która sieje pogrom, przygniata rozmiarem (rozmachem też) i powala siłą. Zrobi z Tobą to, co zaplanowała.

Zacznijmy od tego, co widoczne natychmiast i równie ważne, jak muzyka. “Moderat is a very dark show” głosił napis tuż przed rozpoczęciem koncertu i rzeczywiście występ jest niekończącą się walką z ciemnością. Mnóstwo świateł, laserów, wizualizacji. Tak samo imponujących, co agresywnych (dynamika wizualnej strony mogłaby wykończyć niejednego epileptyka), ale bez wątpienia niezbędnych w tym spektaklu.

Warszawski set nabierał mocy stopniowo. W początkowej części słuchaliśmy m.in. “Ghostmother”, “Reminder”, “A New Error” i kilku bardziej piosenkowych (oczywiście w skali Moderata) numerów. Im dalej w las, tym mniej pracy miał Sascha Ring (wokalista), za to więcej zgromadzona publiczność. Utwory z “III”, które rzecz jasna zdominowały setlistę, w wersji koncertowej mocno nabrały pazurów. Ubogacone dodatkowymi efektami, wzmocnione w warstwie rytmicznej, w towarzystwie wizualizacji wręcz przygniatały (kto nie słyszał “Intruder” czy “Animal Trails” live naprawdę ma czego żałować). W kwestii starszego materiału, wyłowiłam w piątek chociażby “A New Error”, “Last Time” i – last but not least, entuzjastycznie odśpiewane wspólnie – “Bad Kingdom”, którego chyba zabraknąć nie mogło.

Ci, którzy twierdzą, że prawdziwym testem dla muzyki elektronicznej jest jej wykonanie na żywo mogą po występie Moderata z pewnością przyznać, że ów test został zdany. Ci, którzy znają berlińskie trio wyłącznie z wersji płytowej, wiedzą o nim z pewnością dużo mniej. Dodać należy, że zobaczyć ich na żywo nie jest zupełnie łatwo, bo bilety kończą się niespodziewanie szybko, co dodatkowo potwierdza siłę tej trzyosobowej machiny.

Katarzyna Wojtasik