Modest Mouse – “Strangers to Ourselves”

Modest Mouse – “Strangers to Ourselves”
Epic/2015

Misja powrotu na szczyt zakończona niepowodzeniem.

“Strangers to Ourselves” to album, wokół którego narobiono gigantycznego szumu na długo przed premierą. Osiem lat czekania oraz słowa używane w zapowiedziach sprawiły, że balon napompowany został do monstrualnych rozmiarów. Prace nad płytą w znaczny sposób utrudniały przetasowania w składzie, przede wszystkim odejście w 2012 roku współzałożyciela i basisty, Erica Judy oraz obecnego od 2004 roku perkusisty, Joe Plummera. Pozostali członkowie i nowe nabytki zaangażowali się w powstawanie albumu tak bardzo (przynajmniej tak twierdzili), że postanowili odwołać występy na letnich festiwalach w 2013 roku i zarobek odłożyć na przyszłość (czyli na 2015 rok). W realizacji nagrań wzięło udział aż pięciu producentów (w zapowiedziach pojawiała się w tej roli także osoba Big Boia, ale nic z tego najwyraźniej nie wyszło). W rezultacie, w pewnym momencie niejako powstało wrażenie, że jeśli nic Modest Mouse nie powstrzyma, to przy utworach dłubać będą jeszcze kilkanaście lat. Na szczęście, ktoś jednak w końcu powiedział “stop”. Panowie, grając na czas, niejako zrobili sobie krzywdę. Nieprawdopodobnie wielkie nadzieje należało teraz skonfrontować z rzeczywistością. Ich rezultatem jest pewna radość podszyta sentymentem, ale też lekki, czy momentami większy, niedosyt. Można stwierdzić, że to ciągle Modest Mouse, które w dużej części brzmi jak Modest Mouse. Nazwa zespołu, póki co, nie stała się synonimem odcinania kuponów i wtórnej beznadziejności. Z drugiej strony, osiem lat pracy wpłynęło na niespójność i dość nierówny poziom.

Na “Strangers  to Ourselves” czasami zespół odwołuje się do najlepszych chwil ze swojego dotychczasowego dorobku, co skłania do reakcji, w której ręce aż same składają się do oklasków, zaś na twarzy wyskakuje uśmiech. Jak bowiem inaczej zareagować na “The Tortoise and the Tourist” czy też idealnie nadający się na wielkie festiwalowe sceny “Lampshades on Fire”. Sprawdza się Modest Mouse w przygotowywaniu potencjalnych przebojów, w tym zwraca uwagę przede wszystkim “The Ground Walks, with Time in a Box” czy “The Best Room”. Niestety, zdarzają się też zespołowi wycieczki w rejony wcześniej niezbadane czy też w te, w których niekoniecznie radzą sobie najlepiej. Najbardziej rażąca jest wyprawa w totalną porażkę w postaci dramatycznego, nieco hip-hopowego “Pistol (A. Cunanan, Miami, FL. 1996)”, który mimowolnie wywołuje reakcje pod tytułem: “co to k… jest?”. Nie pomagają kolejne podejścia do piosenki czy potraktowanie jej z przymrużeniem oka. Być może zespołowi ktoś zrobił nieśmieszny żart i dorzucił ten utwór bez ich wiedzy, bo lepszego wytłumaczenia nie można wskazać. Na albumie wpadki zdarzają się jeszcze kilkakrotnie (“Sugar Boats”, “Wicked Campaign”), czasami jest zupełnie nijako (“Ansel”, “Pups to Dust”), nie przekonują żeńskie chórki, a i lirycznie Modest Mouse także nie ma dawnej siły przyciągania.

“Strangers to Ourselves” to płyta dobra, ale pewien niedosyt pozostaje. Do ideału wyznaczonego kiedyś przez Modest Mouse nieco daleko, a rozpoczynanie znajomości z zespołem od tego albumu jest raczej kiepskim pomysłem. Powrót na szczyt się nie udał, ale tak to już jest, gdy chce się być perfekcyjnym i pragnie przekroczyć własne granice. Wówczas pojawia się pytanie: “po co?”.

Michał Stępniak