Moon Duo - “Mazes”
Souterrain Transmissions/2011

W labiryncie.

Moon Duo to Erik Johnson znany z psychodelicznej rock grupy Wooden Shjips oraz jego żona Sanae Yamada. Duet pochodzi z San Francisco i w każdym wywiadzie podkreśla silną inspirację  grupą Velvet Underground. Po dwóch dobrze przyjętych  EPkach “Killing Time” oraz “Escape” w marcu światło dzienne ujrzał ich pierwszy długogrający krążek pod tajemniczym tytułem “Mazes”.

Wieść głosi, że płyta została nagrana w profesjonalnym studiu w Berlinie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że poprzednie EPki w całości powstały w domu, co wynikało z niechęci małżeństwa do profesjonalnych warunków nagraniowych. Przy ocenie twórczości duetu często mówi się o podziale ról. Moon Duo to wyraźne współbrzmienie gitary (Johnson) oraz klawiszy (Yamada). Gdyby nie kobiecy wkład Yamady nadający muzyce odrobinę subtelności i swoistej delikatności, płyta “Mazes” byłaby zapewne ściśle rockowa i bardzo podobna do psychodelicznej twórczości Wooden Shjips, dlatego też idealne współgranie tej dwójki na “Mazes” jest nieocenione.

“Mazes” to osiem utworów prawdziwego amerykańskiego grania. Nie ma miejsca na refleksyjne ballady ani nawet najmniejsze spowolnienie tempa. Główną cechą płyty jest zabawa pogłosem oraz powtarzalność melodii. Głos Johnsona podobnie do echa, dociera do słuchacza jakby z oddali. Obecność klawiszy powoduje, że płyta jest momentami taneczna, słychać to głównie w utworach “When You Cut” i “Run Around”. Jest też element hipnotyczny, na przykład w piosence “In The Sun”, w której właśnie te słowa, powtarzane wydawałoby się bez końca, towarzyszą nam nawet po włączeniu przycisku stop. Ostatni, najdłuższy utwór zatytułowany “Goners” żegna nas w iście hippisowskim stylu.

Duet na pewno miał jakieś założenia nazywając płytę “Mazes”, chyba że miała to być pożywka dla dziennikarzy, którzy zapewne w każdym wywiadzie pytają “skąd nazwa labirynt?” oraz dla recenzentów, którzy mają tysiąc interpretacji tej właśnie nazwy. Dla mnie sprawa jest prosta i żadnego labiryntu nie ma. “Mazes” to typowa nieskomplikowana amerykańska autostrada. Jest samochód, jest wiatr we włosach oraz przysłowiowy przytup. I w tym tkwi cały urok.

Katarzyna Sobelga