Podsumowaniaprzemek

Muzyczne ostatki 2015 – część pierwsza

Podsumowaniaprzemek

Muzyczne ostatki 2015 – część pierwsza

Krótkie recenzje płyt wydanych w ubiegłym roku.

Początek roku to czas nie tylko premier, których jeszcze nie jest aż tak dużo, a odkrywania ciekawych płyt, które ukazały się w trakcie minionych dwunastu miesięcy. Nie ma takiej możliwości, żeby na bieżąco odsłuchiwać wszystkie interesujące albumy, a tym bardziej o nich napisać. Dlatego zapraszamy do przeczytania krótkich notek o wydawnictwach, które albo gdzieś nam w Uwolnij Muzykę! umknęły, albo nie zostały opisane w formie recenzji. Po jednym utworze z każdej z poniższych płyt znajdziecie na tej playliście.

Adult Mom – “Momentary Lapse of Happily”
Adult Mom to projekt Amerykanki Stephanie Knipe, a “Momentary Lapse of Happily” to jej debiut. Stephanie nie dysponuje niesamowitym głosem, nie szokuje, nie zabiega o medialną uwagę. Pisze za to piosenki. Ładne piosenki. Niektóre nawet bardzo ładne. Takie jak “Survival” , “Meg Ryan” czy “What’s Another Lipstick Mark”. Piosenki o strachu, nieporadności, smutku, niepokoju, nudzie, niespełnionej miłości. Wychodzi więc na to, że powinna to być bardzo depresyjna płyta. A nie jest, jest co najwyżej melancholijna. Solidny, wypełniony bardzo osobistymi utworami krążek, który zasługuję na większą uwagę.
Jakub Buszek

Alcoholic Faith Mission – “Orbitor”
Duńczycy zrobili dość zaskakujący zwrot – od prostych, folkowych kompozycji z debiutu przez kilka albumów doszli do “Orbitora” – synth-popowej orgii z domieszką trąbki. Nie pozbyli się na szczęście desperacji wyziewającej z rozdzierających tekstów, babramy się więc w tanecznym nieszczęściu. Piękna melancholia uwieńczona zabójczą końcówką – “Breaking for the Last Time” jest tym miejscem, w którym powinni muzycznie zostać, zaraz po wyjściu z ballady przy świecach, jeszcze przed wkroczeniem na parkiet.
Katarzyna Borowiec

All Them Witches – “Dying Surfer Meets His Maker”
Pierwsze co intryguje to tytuł.  A sama muzyka jest równie frapująca –  na tej samej płycie mamy gitary akustyczne i klasyczne rockowe riffy, zakorzenione w bluesie i hard rocku. Pojawiają się też harmonijka ustna i skrzypce. Ta płyta już teraz brzmi jak klasyk. A za jakiś czas będzie odbierana jeszcze lepiej. Bo takie albumy rosną z każdym kolejnym odsłuchem. Sam szczyt listy płyt roku!
Jakub Buszek

Antarctigo Vespucci – “Leavin’ La Vida Loca”
25 minut, 10 piosenek. Jeff Rosenstock najwyraźniej ostatnio nie lubi się nudzić. “Leavin’ La Vida Loca” to drugie po świetnym solowym  ”We Cool” wydawnictwo, w którym w 2015 roku maczał palce ten niezależny muzyk mieszkający obecnie w Nowym Jorku. Bardzo równy songwriting, fajnie garażowa produkcja. Słucha się tego bardzo miło. Najlepsze momenty? “Save Me from Myself”, “Hooray for Me”, “Living in Hell”, “I Sea Failure”. To na początek. Bo cały album jest na tyle krótki  i przyjemny, że warto wracać do niego wielokrotnie.
Jakub Buszek

Arca – “Mutant”
Okładka autorstwa Jesse Kandy śni mi się po nocach. Dźwięki Alejandro Ghersiego też uparcie wwiercają się pod skórę – dręczące, drążące, dogrzebujące się co i raz do błyszczących strzępków melodii, to uciekające z piskiem. Muzyczna abstrakcja do indywidualnej interpretacji, choć artysta tak mocno sugeruje cielesne dewiacje, że nie sposób się tej wizji oprzeć. Zwłaszcza z tą sugestywną okładką, brr.
Katarzyna Borowiec

Beirut – “No No No” (utwór)
To już nie to samo co kiedyś. Ci, którzy czekali na ten krążek, zachwyceni wcześniejszymi poczynaniami Zacha Condona i jego zespołu, mogą czuć się nieco oszukani i rozczarowani. Czekaliśmy tak długo na godnego następcę “The Rip Tide” i “The Flying Club Cup” i niestety, nie doczekaliśmy się. Po udanym singlu “No No No” dostaliśmy zbiór mało ciekawych piosenek, gdzie zwyczajnie zabrakło brzmienia instrumentów, które tak bardzo pokochaliśmy. Gdzie jest ukulele? Gdzie dęciaki? Gdzie pozytywne wibracje? (Być może na koncercie podczas Open’era usłyszymy lepsze wersje piosenek…) Jedyne ciekawsze momenty na krążku to wspomniane wcześniej “No No No”, “Gibraltar” i “Perth”. Ale trzeba przyznać, że muzycy wiedzą, z jakich piosenek zrobić single…
Ewelina Malinowska

Bixiga 70 – “Bixiga 70″
Jakie dźwięki mogą być lepsze do zapomnienia o chłodzie za oknem niż brazylijski afrobeat? Bixiga 70 pochodzą z Sao Paulo i w swojej instrumentalnej muzyce mieszają nuty perkusjonaliów, dwóch gitar – zwykłej i basowej oraz czteroosobowej sekcji dętej. Jazz, funk, tony afrykańskie i latynoskie. Grupa złożona z 10 muzyków w swoim dorobku ma już trzy albumy, wszystkie zatytułowane nazwą zespołu. Już na albumach dają radę. A na żywo to musi być miazga. Panie Arturze, możemy na Pana liczyć?
Jakub Buszek

Bob Moses – “Days Gone by” (utwór)
Warto było czekać na ten album. Jimmy Vallance i Tom Howie stworzyli coś, co można określić pojęciem “elegancka elektronika”. Sporo tu melancholii i mroku, ale wszystko to zostaje doskonale wyważone przez klubowe dźwięki, które zmuszają do poddania się rytmowi. “Days Gone By” to debiutancka płyta Bob Moses – tego jednak w ogóle nie słychać. Panowie brzmią, jakby przez całe życie doskonalili swoje brzmienie i starali się je ukazać w przystępny sposób. Udało się. Cała płyta stoi na bardzo wysokim poziomie.
Ewelina Malinowska

BORNS – “Dopamine”
Płyta na lato! Projekt BORNS urzekł mnie piosenką “10,000 Emerald Pools” i tak już zostało. “Dopamine” to zbiór indie-popowych utworów, w których pierwsze skrzypce gra pozytywny nastrój. Znajdziecie tu elementy psychodelii, surf-rocka, chillwave’u i synth-popu. Z każdą piosenką zostaniecie zaskoczeni coraz bardziej, bo nic nie powtarza się tu dwa razy, a takie “Holy Ghost” to prawdziwy majstersztyk. Garrett Borns nagrał album mieniący się kolorami. I tego właśnie oczekiwałabym od wszystkich debiutantów – żeby było różnorodnie i zachwycająco. Szkoda, że BORNS jest tak mało znany.
Ewelina Malinowska

Braids – “Deep in the Iris”
Gdyby cały album Braids stałby na tym samym poziomie co dwa otwierające numery, mielibyśmy prawdopodobnie do czynienia z jedną z najciekawszych płyt 2015 roku. A na pewno z jedną z moich ulubionych. A tak pozostaje się cieszyć z kilku utworów, które zdecydowanie się wybijają. Stylistycznie Kanadyjczycy podążyli w kierunku dźwięków bardziej elektronicznych. Gdyby trochę ten album skrócić, byłoby dużo lepiej. Cóż…
Jakub Buszek

C Duncan – “Architect”
Christopher Duncan pochodzi z Glasgow. I to słychać, jego muzyka zakorzeniona jest w dźwiękach brytyjskich – najbardziej oczywiste porównania to Belle & Sebastian i Camera Obscura. Ponadto w głowie przemyka również debiut Amerykanów z Fleet Foxes, a także solowe dokonania Briana Wilsona (harmonie wokalne). Ma dopiero 25 lat, wszystko więc przed nim. Za “Architect” został nominowany do Mercury Prize. Multiinstrumentalista, kształcony w Royal Conservatoire of Scotland muzyk klasyczny. Mimo to postanowił na poważnie zająć się indie i alternatywą. Nie są to dźwięki modne, ale nie ma to żadnego znaczenia. Jak na album nagrany samotnie we własnej sypialni, brzmi to znakomicie. Zacznijcie od lekkiego “He Believes in Miracles”. Chwilę później zakochacie się w całym materiale. Na wiosnę planowane jest drugie wydawnictwo Szkota. To już niedługo!
Jakub Buszek

Chome Sparks – “Parallelism” EP
Jeremy Malvin daje nam coś z pogranicza syntezatorowego szaleństwa a klubowo-transowego grania. Na swojej kolejnej EP-ce zaprezentował wszystko to, co w jego muzyce najlepsze. To tylko trzy piosenki, nieco ponad 20 minut grania, ale kiedy zapętlimy to kilka razy – nie sposób się uwolnić. Sample, linie basowe, melodie i przede wszystkim – ten chillwave’owy vibe – to wszystko, czego można chcieć do szczęścia. Po kilku EP-kach chyba czas na prawowity debiut? Bo już wiemy, że Chrome Sparks potrafi robić świetne kawałki. Czy tak samo dobra może być cała płyta?
Ewelina Malinowska

Colleen – “Captain of None”
Viola da gamba, śpiewanie szeptem, zapętlone, wciągające rytmy, pogłosy, echa, dźwięki migoczące jak strumienie. Statek kapitana zatonął i dopadła go syrena. Delikatna, eteryczna muzyka, przy której ma się ochotę tańczyć… chyba na palcach. Albo palcami? A może tylko przy pomocy mikroruchów twarzy? Tak, żeby nie zaburzyć spokoju sączących się melodii.
Katarzyna Borowiec

Death and Vanilla – “To Where the Wild Things Are”
Dźwięki dla fanów Stereolab, Animal Collective czy nieco bardziej zapomnianych zespołów z wytwórni 4AD, takich jak His Name is Alive. Czyli po prostu dobrze napisane, ładne piosenki, podane w nieco psychodelicznej otoczce. Takiej muzyki nigdy za dużo, przynajmniej w moim odczuciu.
Jakub Buszek

Death Hawks – “Sun Future Moon”
Skandynawowie, peryferia, rock psychodeliczny. Mówi wam to coś? Pewnie tak. Goat? No właśnie nie. Death Hawks pochodzą z Finlandii i nagrali już trzeci album długogrający. Na drugiej płycie do brzmienia space rockowego dodali nietypowe instrumenty – saksofon czy tradycyjny fiński instrument ludowy – lutnię jouhikko, dodając tym samym dźwiękom głębi i unikatowości. Do tego klasyczny skład – gitara, perkusja, wokale, okazjonalnie fortepian i syntezatory. Debiut z kolei to solidne, choć bardziej typowe wydawnictwo zakorzenione w latach 60tych. Hard rock, blues, wpływy country. Jak jest tym razem? Na pierwszy plan wysunęły się inspiracje krautrockowe, przede wszystkim Harmonii, Cluster i Neu!, pierwszy utwór ewokuje kosmiczne odloty Sun Ra, a “Heed the Calling” przywodzi na myśl nagrania mistrza afrobeatu Feli Kutiego. To oczywiście tylko część zestawu słyszalnych wpływów. “Sun Future Moon” jest bardzo przestrzenne – to sprawa nie tylko muzyki, ale też produkcji. To album poza czasem i poza miejscem. Nie kojarzy się z fińską sceną, brzmi jednocześnie świeżo i retro. Póki co dyskografia jastrzębi nie ma słabych punktów.
Jakub Buszek

donGURALesko – “Magnum Ignotum (Preludium)”
Gural powrócił na szczyt. Kto by się spodziewał, że po kilku latach zaskoczy jeszcze jakimś świeżym materiałem. A jednak. “Magnum Ignotum” to album dopracowany w najmniejszych szczegółach. Beaty, które dostarczyli m.in. Tasty Beatz, The Returners, Ceha są osnową polskiego hip-hopu. Jeśli dodamy do tego teksty donGURALesko, który zaszalał w nich z odwołaniami do szeroko pojętej sztuki – dostajemy produkt pierwszorzędny. I na nic tu twierdzenia cyników, że raper przeintelektualizował na tej płycie, że wszedł na Wikipedię i pospisywał kilka nazwisk, kilka pojęć i tak powstały teksty. Dostaliśmy dobry rap na dobrych bitach. Czego chcieć więcej?
Ewelina Malinowska

Drivealone – “Life Wrecker” (utwór)
Wielu myślało, że ten moment już nie nastąpi, a jednak! Piotr Maciejewski wydał po sześciu latach drugą płytę. Spokojnie mógłby też zmienić pseudonim, bo jedyne, co zostało po Drivealone z “Thirty Heart Attacks A Day” to charakterystyczny, zdystansowany wokal. Na drugiej płycie pokazuje ciut bardziej piosenkową twarz (ani się obejrzysz i zaczniesz nucić “Departed” albo “Far Too Far”), chowa większość instrumentów na prąd i podsłuchuje ludzi na mieście (co potem wykorzystuje w kompozycjach). I smutno śpiewa. Maciejewski tworzy tu sypialniany klimat, ale to nie jest sypialnia w której tarzasz się w satynowej pościeli, tylko raczej nie odsłaniasz zasłon przez miesiąc i siedzisz w dresie.
Kasia Wojtasik

Growbox – “Growbox”
Niezmiernie się cieszę, kiedy powstają takie produkcje. Soulpete, OSTR i Jeżozwierz nagrali album, do którego chce się wracać. Tłuste beaty, nawijka na wysokim poziomie, konkretny styl – “Growbox” wszystko to posiada. Nie słychać w tej współpracy nic wymuszonego, wszystko klei się ze sobą naturalnie. Materiał brzmi surowo, ale bardzo świeżo. Już samo to, jak powstawał (podczas grillowania, piwkowania itp.), świadczy o niemałej zajawce, jaka towarzyszyła muzykom podczas tworzenia. Co tu dużo mówić – na takie kooperacje warto czekać. OSTR się zrehabilitował, Soulpete wszedł do czołówki producentów (także dzięki płycie producenckiej “Raw”), a Jeżozwierz udowodnił, że potrafi.
Ewelina Malinowska

HEALTH – “Death Magic”
Miłość i śmierć – album zahaczający o patos w sposób groteskowy w warstwie tekstowej, adekwatnie do muzycznej mieszanki słodziutkiego popu z agresywnym industrialem. Powstały w rezultacie eliksir to rzeczywiście magia iście śmiercionośna, która może budzić tyle zachwytu, ile niesmaku.
Katarzyna Borowiec

Jaga Jazzist – “Starfire”
Szósty album Norwegów to najbardziej progresywny krążek w całej ich dyskografii. Tylko pięć numerów. Ale za to jakich! Najkrótszy ma nieco ponad sześć minut, najdłuższy aż 14. Czego tu nie ma. Space rock, jazz, post rock i elektronika znalazły się w wielkim tyglu, zostały zabełtane, zmielone i jeszcze raz zamieszane. Na jednym wydawnictwie King Crimson, John Coltrane, Autechre, Sun Ra, DJ Shadow, Magma, Klaus Schulze i Can. Te dźwięki przypominają jednocześnie twórczość wszystkich wymienionych, będąc jednocześnie w pełni oryginalnymi. “Starfire” to trwająca 50 minut podróż w kosmos.
Jakub Buszek

Jain – “Zanaka”
Jain poznałam przypadkiem. Ale to nie przypadek sprawił, że słucham tej płyty co drugi dzień. Sprawiła to po prostu dobra muzyka, czyli soulowe i folkowe miłości Jain oprawione w niebanalne popowe melodie tak, aby się podobało. I podoba się! Francuzka miesza nienachalne afrykańskie rytmy z hip-hopem i reggae, bawi się instrumentami i swoim wokalem. Jedyne minusy są takie, że od “Zanaki” oczekiwałabym szybszego tempa i większej zabawy z aranżacjami. Może na swojej drugiej płycie Jain pokaże więcej?
Ewelina Malinowska

Jarboe – “Zen N Jazz”
W całości improwizowany materiał jazzowy. Dosyć jednostajny, nieco mantrowy, ubogie instrumentarium i czasami głos. Brak tytułów utworów. Ciekawostka? Tak, ale nie tylko. Dobrej muzyki tu zaskakująco dużo (patrząc na oceny w różnych serwisach), a album uważam za wyjątkowo niedoceniony.
Jakub Buszek

Johann Johannsson – “Sicario”
Ścieżka dźwiękowa obsypana nagrodami, która żyje także zupełnie poza filmem. To doskonały album sam w sobie, który już od pierwszego utworu stawia włosy na baczność. Buczące smyczki i łomocząca perkusja na długo pozostają w pamięci. Cała podróż składa się nie tylko ze strachu – gdzieśtam można odnaleźć delikatniejsze tony, idealnie podkreślające wszechogarniającą grozę.
Katarzyna Borowiec

Jono McCleery – “Pagodes”
Jono McCleery to chyba jeden z najbardziej niedocenionych singer-songwriterów. O ile coraz częściej słyszy się właśnie o panach z brodą i gitarą, o tyle Jono zostaje gdzieś ciągle w cieniu. Nie wiem, co jest tego powodem, bo na pewno nie zła/słaba/nudna muzyka, bo takiej muzyk nie nagrywa. “Pagodes” to jego trzecia płyta, najbardziej dojrzała i złożona. McCleery jak zawsze zachwyca pięknymi melodiami, ale tym razem dużo w tym wszystkim uległej elektroniki, która buduje napięcie. Dużo tu smutku, melancholii, mroku, ale jest w tym wszystkim coś ciepłego. Wrażliwość McCleery’ego potrafi wzruszyć. I pomyśleć jaką stratą byłoby, gdyby pozostał głuchy..
Ewelina Malinowska

Julien Baker – “Sprained Ankle”
Singer-songwriterski debiut dwudziestoletniej Amerykanki – muzycznie sama delikatność, pod którą jak pod kołderkę mającą uchronić od całego zimna świata wpełzła brutalność i autodestrukcja. Wstręt do samej siebie, samotność, marzenia o śmierci i nadużywanie wszystkiego, co pozwala o tym zapomnieć są wyrażone w prostych, celnych słowach. Gdzieś nad tym wszystkim majaczy bóg, który uparcie nie chce usłyszeć ciągłego “chcę do domu”. Głos, gitara, trochę klawiszy, to wystarcza, żeby stworzyć wyjątkowo depresyjnie piękny obraz dorastania w nadwrażliwości.
Katarzyna Borowiec

Leon Bridges – “Come Home” (utwór)
To, jaką podróż w czasie funduje ta płyta jest niesamowite. Nigdy nie sądziłam, że słuchając czegoś nowego, będę zastanawiała się, czy to jakaś zremasterowana wersja albumu gwiazdy lat 50. czy 60. Czujecie ten feeling? Z jaką lekkością brzmią te wszystkie piosenki? Tę aurę soulu i bluesa? Leon Bridges znakomicie wykorzystał to, co przyniosła muzyka r&b. Być może brakuje tu czegoś, co nazwalibyśmy jego cząstką w tym materiale, ale rekompensuje to świetny wokal. “Coming Home” słucha się wyśmienicie.
Ewelina Malinowska

Majical Cloudz – “Are You Alone?”
Duet nadal świetnie sprawdza się w minimalistycznych kompozycjach przepełnionych emocjami. Tym razem Devon Welsh zdaje się rozprawiać z rozrywającym serca w zachodnim kręgu kulturowym mitem romantycznej miłości nieszczęśliwej. Smutek niespełnienia delikatnie zamienia na pogodną rezygnację i akceptację, a nawet drobną zachętę do podniesienia udręczonych głów. Zgrabnie wyplata piękne hymny miłosne bez odoru kiczu czy trywialności, łącząc dobre momenty z potknięciami. Spokoju jest może czasami zbyt dużo, ale opcja przyjemnego zasypiania z taką płytą chyba nie jest minusem.
Katarzyna Borowiec

Maribou State – “Portraits”
Po Maribou State spodziewałam się więcej. Śledzę ich poczynania od 2012 roku i niemal wszystko, co do tej pory wypuszczali było bardzo świeże. W 2015 roku w końcu postanowili wydać debiutancką płytę, ale nie jest to debiut najwyższych lotów. Brakuje mi w nim zagadkowości, która towarzyszyła ich wcześniejszym utworom. Owszem, ciągle mamy do czynienia z ładnymi piosenkami, raz lepszymi, raz gorszymi, ale tylko przy niektórych z nich chce się zostać na dłużej, np. “Raincoats” i “Steal”. Pozostaje mi czekać na inne dokonania duetu, bo śledzić ich losy będę na pewno.
Ewelina Malinowska

Miguel – “Wildheart”
Trzeci album Miguela jest mieszanką niemal idealną. Mieszanką soulu, rocka, elektroniki, popu, subtelności, zmysłowości, dzikości i wdzięku. Niemal, bo jednak brakuje mu przebojowości i łatwości w przyswajaniu (czy jest ktoś kogo nie irytuje “The Valley”?), a i zbyt często Miguel odchodzi w pościelowe rejony r&b. Jednak to, jak tworzy swoje kompozycje, jakich instrumentów używa jest szalenie interesujące (np. “Deal”, “NWA”, “Waves”). Jego fascynacja gitarami może trochę męczyć, ale przecież to Miguel, koleś, który lubuje się w balladach zrobionych nieco inaczej.
Ewelina Malinowska

Mielzky & patr00 – “Miejski Patrol”
Bez dwóch zdań jest to jedna z najlepszych płyt hip-hopowych ubiegłego roku. Słucha się jej z przyjemnością. Częściowo ze względu na truskulowe teksty Mielzky’ego (choć i zdarzają się zabawne kawałki np. “Texas”), ale to właśnie bity patr00, nadają albumowi takiego klimatu, że zwyczajnie czuję się staro, ale tak miło-staro, bo wspomnieniami wracam do czasów sprzed ponad 15 lat. “Miejski Patrol” to chilloutowy krążek dla tych, którzy chcą odetchnąć od nowych graczy, którzy nie mają flow, tekstów, polotu i podkładów, które zjadają. Solidny polski rap.
Ewelina Malinowska

Micachu & The Shapes – “Good Sad Happy Bad”
Mica Levi i przyjaciele kontynuują tworzenie dźwięków z pozoru niedorobionych – recenzenci jęczą, że to tylko szkice, że jam session, że zapowiedź czegoś lepszego. A brzmienia drwią wyginając się w przedziwnych pląsach. Dobre, smutne, wesołe, czy złe? Wszystkiego po trochu, w pysznej papce dla wielbicieli nieokiełznanych eksperymentów
Katarzyna Borowiec

Mikael Seifu – “The Lost Drum Beat/Brass” EP
Seifu pochodzi z Etiopii. Kiedy ostatnio słuchaliście etiopskiego folkowego UK garage’u? No właśnie, nigdy. Producent zlepia ze sobą najlepsze zachodnie style i dodaje do tego trochę ze swojego świata. Już na jego pierwszej EP-ce z 2014 roku – “Yarada Lij” – można było zauważyć, że będzie z tego coś większego. Jego ubiegłoroczna EP-ka to genialny wstęp do mrocznego kręgu techno, gdzie odbiliśmy nieco w stronę ludowości. Debiutancki longplay Etiopczyka usłyszymy już niedługo. Czekam z niecierpliwością!
Ewelina Malinowska

Mount Eeire – “Sauna”
Chyba nikt nie potrafi jak Phil Evelrum być jednocześnie cichym i głośnym. Dźwięki zamknięte w tytułowym pomieszczeniu są delikatne, jak przystało na wyizolowaną przestrzeń, i jednocześnie dudnią po uszach, bo jesteś z nimi sam na sam. To piękna podóż do wnętrza pod pachę z ambientem i field recordingiem, gdzie cichy śpiew przytłacza gitarową nawałnicę.
Katarzyna Borowiec

Natalia Kukulska – “Ósmy plan” (utwór)

Kto by pomyślał, że Kukulska potrafi jeszcze zaskoczyć. “Ósmy Plan” jest dobrą płytą, która czerpie z elektroniki. Słychać zafascynowanie wokalistki najnowszymi trendami, które stara się przełożyć na swój styl. Momentami wyszło to nieźle, ale były też gorsze utwory, które potrafiły zepsuć cały czar. A szkoda, bo np. “Miau” czy też “Ósmy Plan” stoją na naprawdę wysokim poziomie. Zabrakło trochę szaleństwa, intuicji i lekkości. Jednak próbę wyjścia na alternatywne wody należy zaliczyć na plus. Być może następnym razem wyjdzie lepiej? Bo potencjał w tym drzemie niemały.
Ewelina Malinowska

Nicola Cruz – “Prender el Alma”
Podsumowania końcoworoczne są po to, żeby odkrywać nieznane. I dzięki właśnie jednemu z takich zagranicznych podsumowań odkryłam album “Prender el Alma”. Ekwadorczyk Nicola Cruz nagrał piękny folkowy album ze sporą dawką elektroniki, ukazując tym samym dźwięki Andów w nieco innym wydaniu. Brzmienie albumu jest spokojne, wyważone, dużo w nim rytmów południowoamerykańskich, jednak słychać też inspiracje techno i housem. Producent eksploruje różne stylistyki, ale pozostaje wierny etnicznej atmosferze. Jego utwory są organiczne i melodyjne, które dzięki dodaniu elektronicznych elementów potrafią hipnotyzować.
Ewelina Malinowska

Nicole Dollanger – “Natural Born Losers”
Słodycz i perwersja. Anielski głos i nasycone seksualnością satanizmem teksty. W warstwie muzycznej również pełno kontrastów. Samobójstwo, BDSM, deklaracja oddania ciała w posiadanie diabłu to tylko kilka tematów poruszonych na tej płycie. Tylko dla odważnych i świadomych słuchaczy.
Jakub Buszek

Niskie ciśnienie – “Wata cukrowa” EP
Najbardziej niedzisiejszy zespół, jaki przyszło nam poznać w minionym roku. Duet Alicja Peszkowska i Michał Przerwa-Tetmajer stworzyli EP-kę (a dziś już wiadomo, ze także płytę) pełną odniesień zarówno do polskiej piosenki i poezji śpiewanej, jak i bluesowych brzmień. Sami twierdzą, że grają “garden blues” i ten “zewnętrzny” (albo – jak mówią blogerki – outdoorowy), tarasowo-ogrodowy klimat również jest słyszalny. Co ciekawe, zespoł śpiewa do tekstów Aleksandry Janus, co jest kolejnym dowodem na ich niedzisiejszość. Bo jaki inny zespół w XXI wieku ma własną tekściarkę?
Kasia Wojtasik

Oh Wonder – “Oh Wonder” (utwór)
Trochę rozczarował mnie ten album. Niby wszystko gra, jest spójnie, są ładne piosenki. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wieje nudą. Nie ma na tej płycie utworu, który pochłonąłby bez reszty od pierwszego usłyszenia. Oh Wonder przez piętnaście kawałków grają melancholijną, intymną elektronikę, której nie ratują nużące wokale. Najlepiej wypadają tu momenty, kiedy słyszymy pianino (“Livewire”, “All We Do”), cała reszta zlewa się w jedną piosenkę. To taki pop, który nie chwyta. Duet z Londynu nie popisał się umiejętnościami aranżowania utworów. Ich brzmienie jest konkretne i niepodrabialne, ale mogliby wyjść poza swoją strefę komfortu.
Ewelina Malinowska

Oneohtrix Point Never – “Garden of Delete”
Daniel Lopatin ostro tutaj poszalał. Jest bardzo daleko od snujących się elektronicznych krajobrazów – tutaj mamy prawdziwą orgię dźwięków. Groteskowo zachwycający ogródek, w którym obok kwiatów rosną foliowe torebki i puszki po tanich energetykach. Niezwykła podróż, w której nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. To album inspirowany traumami dorastania – kto by pomyślał, że pryszcze mogą posłużyć do stworzenia takiego majstersztyku.
Katarzyna Borowiec

Owiny Sigoma Band – “Nyanza”
Połączenie afrykańskich perkusjonaliów z elektronicznymi podkładami nie przynosi w tym wypadku satysfakcjonujących rezultatów. Paradoksalnie momentami  brakuje tego, za co kocha się muzykę afrykańską: groove’u.
Jakub Buszek

Palace – “Chase the Light” EP
Oni są świetni. Naprawdę świetni. Indie rock już dawno poszedł w odstawkę, a oni kombinują, żeby coś z niego wykrzesać. Starania nie poszły na marne. Wyszło świeżo, ciekawie, nienachalnie. Palace pochodzą z Londynu (a jakżeby inaczej!), a “Chase the Light” to ich druga EP-ka. Znajduje się na niej pięć dobrze skomponowanych piosenek, gdzie melodie same wpadają do ucha, zgranie instrumentów fascynuje, a i wokal momentami przyprawia o ciarki. Brakowało mi takiej gitarowej muzyki, która sunie się ospale. Jak to dobrze, że są jeszcze zespoły, które pragną zapełnić tę lukę. Czekam na longplay, jak najbardziej!
Ewelina Malinowska

Rae Sremmurd – “SremmLife”
Świetna produkcja, która w efektowny sposób gra na ciszy i wpadające w ucho młodociane wrzaski tworzą razem bardzo atrakcyjną pozycję, choć to wszystko zbyt głęboko nie sięga. Ale jest fajnie, więc może jak panowie otrząsną się nieco z hiphopowego etosu uda im się zmieścić w zwrotkach coś ciekawszego niż morze hajsu, imprezowanie do oporu i nauki o bezpiecznym seksie.
Katarzyna Borowiec

Richard Hawley – “Hollow Meadows”
Kolejny solowy album byłego lidera britpopowego Longpigs. Już siódmy. W porównaniu z innymi dużo się tu nie zmienia. Nadal ballady, gdzieś na przecięciu chamber popu, folku, rocka i country, nadal przepięknie zaaranżowane i napisane, pełne nostalgii i melancholii. Może tylko okładka sugeruje, że tym razem będzie trochę bardziej ponuro. Jedna z singer/songwriterskich płyt roku.
Jakub Buszek

Rival Consoles – “Howl”
Ryanie Lee West… coś ty uczynił… Takim IDM można delektować się każdego dnia. Wciskasz play i odlatujesz. Atmosferyczne dźwięki tej płyty, pulsacyjny rytm i transowość sprowadza w pewnego rodzaju odrętwienie, a potem puszcza, bo przecież nie idzie do tego nie poruszać swoim ciałem. Cóż, tak właśnie działa mieszanka techno z housem. “Howl” jest fantastyczna od początku do końca, a zakończenie w postaci “Looming” jak dla mnie mogłoby trwać wieczność. PS Wyborna okładka!
Ewelina Malinowska

Sammal – “Myrskyvaroitus”
Svart Records to fińska wytwórnia specjalizująca się przede wszystkim w wydawaniu winylowych reedycji ciężko osiągalnych płyt wykonawców grających ekstremalny metal. Sammal jest akurat wyjątkiem. To grupa, która eksploruje klimaty na styku hard rocka, progresji i heavy. Z fińskojęzycznym (w jednym utworze szwedzkim) wokalem. Wiele razy w ostatnich paru latach to zapatrzenie w przeszłość przyniosło wyjątkowe rezultaty. W tym wypadku szału nie ma, jest za to dobrze sklejona (dwa instrumentale, bardzo dobry początek i koniec), solidna płyta. Mi to wystarczy.
Jakub Buszek

Selah Sue  -”Reason” (utwór)
Nigdy nie byłam fanką Selah Sue. Jej piosenki były zawsze zbyt nijakie, czegoś im brakowało. Na drugiej płycie Belgijki coś się jednak odmieniło. Więcej tu elektroniki i zabawy produkcją, szaleństwa stylistycznego i emocji. I tak oto wokalistka zaczyna od znakomitego “Alone”, stawia na soul w “I Won’t Go for More”, romansuje z rapem (“Together”), nie zapomina o funkowych korzeniach (“The Light”), wchodzi na teren trip-hopowy (“Fear Nothing”), po prostu bawi się muzyką (“Feel”). Nie brakuje tu jednak utworów gitarowych, jak np. “Always Home”. Ale w mojej głowie ciągle pobrzmiewają “Stand Back” i “Falling Out” – elektroniczne utwory, w których Selah Sue sprawdziła się znakomicie. Cieszy mnie, że wybrała nieco inną drogę, że eksploruje i nie zamyka się w akustycznych kompozycjach. “Reason” to kawał dobrego krążka.
Ewelina Malinowska

Sóley – “Ask the Deep” (utwór)
Sóley walczy z koszmarami. Swoimi mrocznymi, acz sennymi opowieściami szkicuje nam “Ask the Deep”. Cała płyta jest zjawiskowa. Niemal wszystkie piosenki zostały zagrane w skali molowej, a więc jest dosyć smutno… Ale jak inaczej rozprawić się ze swoimi lękami? Sóley jest jedną z tych artystek, która potrafi przenieść emocje na poszczególne dźwięki. Ta płyta wzrusza, rozbudza, przeraża, koi. Liryki nie zawsze mają tu sens – są jak sny. I to chyba najbardziej urzeka. Bo “Ask the Deep” to zapis snów, najbardziej klimatyczny album w dorobku Sóley. Piękny album.
Ewelina Malinowska

Soulpete – “Raw”
To zdecydowanie najlepsza płyta producencka 2015 roku. Puśćcie sobie “Raw” i sprawdźcie, jaką moc mają te numery. Osobliwe surowość i brud, specyficzne bębny i wyjątkowe linie basowe na tej płycie osiągnęły swój szczyt. “8do2″ i “The Bomb” to kwintesencja tego brzmienia. I nawet goście dopisali, o co raczej ciężko na tego typu wydawnictwach. Ale Soulpete wiedział doskonale kogo zaprosić, kto czuje jego klimat, kto sprawdzi się na tych podkładach. A przecież to jest najważniejsze – żeby między producentem a raperem była chemia, żeby żarło odpowiednio. Wyszło imponująco.
Ewelina Malinowska

Terrific Sunday – “Strangers, Lovers”
Zespół z Poznania na swoim debiutanckim albumie pokazał, że wszelkie wątpliwości co do ich grania, są niesłuszne. Panowie nagrali bowiem porządny krążek, z godziwą dawką rockowego grania. Wprawdzie Terrific Sunday szukają jeszcze swojego stylu, ale słychać tu duży potencjał drzemiący w pomysłach chłopaków. Bo na “Strangers, Lovers” nie mamy zwykłych piosenek. Są to rzeczowe, sumiennie opracowane kompozycje. Zdarzyły się może i małe potknięcia, ale ja jestem mile zaskoczona. Terrific Sunday z takim materiałem mogliby grać na festiwalach w całej Europie.
Ewelina Malinowska

The Apartments – “No Song, No Spell, No Madrigal”
Powrót australijskiej legendy po ponad 15 latach zaczyna się od najpiękniejszej smutnej piosenki o miłości 2015. Tytułowy utwór, w którym kwitną kwiaty żalu, pada deszczem na całą płytę. Jest słodka i gorzka jednocześnie, w perfekcyjnie melancholijnym miksie eleganckich piosenek Petera Miltona Walsha. Coś na samotnych wieczór w zadumie; choć reszta utworów nie dorównuje do powalającego startu, warto spędzić te 40 minut w nastrojowych apartamentach.
Katarzyna Borowiec

The Chemical Brothers – “Born in the Echoes” (utwór)
To już ósmy album The Chemical Brothers i chyba najbardziej przemilczany. Mimo przychylnych recenzji i niezłego materiału nie można zaliczyć “Born in the Echoes” do albumów, które utkwiły w pamięci. Raczej nie można było go spotkać w podsumowaniach końcoworocznych i to wcale nie dziwi, bowiem wydawnictwo to nie wnosi do muzyki nic przełomowego, jest po prostu dobre. Chemicy konsekwentnie eksplorują to, co stworzyli na przestrzeni ponad dwudziestu lat, zaskakując jednak doborem gości (St. Vincent, Beck, Colin Stetson, Cate Le Bon). Po tylu latach spodziewalibyśmy się jednak czegoś nowego, a dostaliśmy jedynie kilka porządnych kawałków.
Ewelina Malinowska

The Dumplings – Sea You Later”
Mam wrażenie, że w dyskusjach o twórczości tak młodego zespołu przy kolejnej płycie prędzej czy później pojawi się słowo dojrzałość. Nie wiem, czy The Dumplings dojrzeli, ale na pewno są kilka kroków do przodu. Na scenie sięgają po wiecej żywych instrumentów, produkcyjnie rozwinęli skrzydła, wokalnie zawsze mieli się dobrze, a teraz jest jeszcze lepiej (między pierwszą a druga płytą TD Justyna niejedno zaśpiewała). Na “Sea You Later” czai się mrok, ale i mnóstwo pięknych melodii.
Kasia Wojtasik

The Internet – “Ego Death”
Po raz kolejny The Internet nie bawią się w przeboje i zabawy z najnowszymi trendami. Zrobili natomiast kolejną spójną płytę, która ocieka zmysłowym, elektronicznym soulem. Tyle tylko, że tym razem jest ona wyjątkowo dobra. Miło widzieć, że z albumu na album zespół dojrzewa, chwyta się nowych pomysłów, nie ogrywa tego co już było. “Ego Death” idealnie nadaje się na wakacje, choć niejednej osobie umili też zimowe wieczory.
Ewelina Malinowska

The Soft Moon – “Deeper” (utwór)
Luis Vasquez ma to coś w sobie. To coś, że chce się słuchać jego muzyki, kontemplować ją i czekać na więcej. I kiedy już się wydaje, że w post-punku powiedziano już wszystko, on wraca i pokazuje, że można jeszcze inaczej. Tym razem chodzi o melodie. Na “Deeper” oprócz szumów, rozmytych gitar i smętnej elektroniki są momenty, które wrzynają się w mózg i nie chcą z niego wyjść. I być może wszystko to zlewa się w jedną całość, ale to nieważne. Nieważne, bo i tak jest mi dobrze, kiedy tego słucham.
Ewelina Malinowska

The Underachievers – “Evermore: The Art of Duality”
Niedocenieni? Mało znani w Polsce? Zasługują na większą uwagę? 3 x TAK. “Evermore: The Art of Duality” to kawał konkretnej dawki hip-hopu. The Underachievers udowadniają tym albumem, że nowojorski rap ma się bardzo dobrze. W porównaniu z mainstreamowymi wydawnictwami ostatniego roku, właśnie to wydawnictwo wnosi coś nowego i świeżego do gry. Flying Lotus nie pomylił się co do tego duetu, przypisując ich do Brainfeedera. Panowie skręcają bowiem w różne strony, czy to od strony muzycznej, czy tekstowej. Buja!
Ewelina Malinowska

Torres – “Sprinter”
Zmęczona dwudziestotrzylenia kobieta i panowie od PJ Harvey. Teksty inspirowane literaturą plus brzmienie prosto z lat 90. Ta płyta nie może pozostawić słuchaczy wychowanych na Nirvanie i Guano Apes obojętnych, a na smyraniu po nostalgii się nie kończy. Scott McKenzie swój mocny wokal włożyła w piosenki pełne siły i energii, wypełnione po brzegi emocjami ujętymi w zgrabne linijki.
Katarzyna Borowiec

Wailin Storms – “One Foot in the Flesh Grave”
Doom punk? Swamp rock? Recenzenci najwyraźniej mają jakiś problem z określeniem gatunku muzyki uprawianej przez Wailin Storms. Według mnie to po prostu połączenie bluesa i hałaśliwego rocka, czyli punk blues, stosowany choćby do dookreślenia dźwięków Gallon Drunk, The Birthday Party czy The Jon Spencer Blues Explosion . Ale nie nazwy są tu najważniejsze. Najważniejsza jest muzyka. A ta jest doprawdy wyborna. Pełen desperacji wokal, dudniące gitary, wyeksponowana sekcja rytmiczna. Do tego ponura aura, znana z dorobku mistrzów gotyku. Groby, śmierć, zagubienie, tajemnica. Aż dziwne, że to debiutanci, a nie zespół z kilkupłytowym dorobkiem. Na deser okładka. Równie znakomita jak całe wydawnictwo. Dla takich albumów powstały winyle.
Jakub Buszek

Wilco  - “Star Wars”
“Star Wars” to na pewno spadek formy, a dla niektórych pewnie spore rozczarowanie spowodowane bardzo dobrym poziomem poprzednika, “The Whole Love”. To płyta raczej momentów niż całości. Na plus wyróżniają się singlowe “Random Name Generator”, a także “The Joke Explained” i “Taste the Ceiling”. Więcej tu zgrzytów i przesteru. Mniej ładnych, idealnie skrojonych piosenek. Ciekawa płyta, odmienna od reszty dokonań zespołu. Zmieniają się, to pewne, nie wiem czy na lepsze, ale cieszy, że poszukują.
Jakub Buszek

Wolf Alice – “My Love is Cool” (utwór)
Po ich drugiej EP-ce “Creature Songs” z 2014 roku mieliśmy duże nadzieje. Debiutancki longplay nie przyniósł jednak tego, czego się spodziewaliśmy. “My Love Is Cool” to, owszem, zbiór niezłych piosenek, ale jest to mocno nierówna płyta. Wyszłaby z tego świetna EP-ka, jednak na longplay to za mało. Brak pomysłów uderza, smętne kawałki odrzucają, nudzą mocno gitarowe, ograne momenty. Najlepiej jest, kiedy mamy do czynienia z dream-popem (takie “Freazy” naprawdę daje radę) i kawałkami nieco bardziej skomplikowanymi. Mały zawód.
Ewelina Malinowska

Zetenwupe – “Bejbo”
Mogło być lepiej, ale i tak jest nieźle. Szczerze mówiąc, po pierwszych odsłuchach w mojej głowie zostało zaledwie kilka kawałków. Dopiero teraz słuchając wszystkiego od deski do deski wiem, że to konkretny album. “Bejbo” to dwie stylóweczki nie do podrobienia, świetny dobór bitów i równowaga pomiędzy tematami poważnymi i tymi mniej poważnymi. Zetenwupe jest duetem, który doskonale wie, co robi i po co, nie ma u nich miejsca na nieprzemyślane kroki. Oby następna płyta wyszła już w jakiejś innej wytwórni (wszak Hade aka Kajtek odszedł z Alko), bo odnoszę wrażenie, że Alkopoligamia wcale Zetenwupe nie pomaga, wręcz przeciwnie – podcina im skrzydła. Chłopaki mają wielki talent.
Ewelina Malinowska

Zeus – “Jest Super”
Nie było w tym roku płyty, na myśl o której robiło mi się niedobrze, dopóki nie pojawił się piąty album Zeusa. Już nawet nie chodzi o straszne teksty, gdzie raper stara się przekazywać swoje prawdy życiowe, zmanierowane, pełne truizmów. Słuchając tego czułam się tak zażenowana, że nawet przestałam je zauważać i skupiłam się na warstwie muzycznej. Tutaj też nie było lepiej. Zeus odbiegł od hip-hopowych bitów, od swojej fascynacji funkiem (kto mi wyjaśni, gdzie podział się ten, który kochał Jill Scott?!), od tego, co było zwyczajnie dobre. Zamiast tego dostaliśmy hip-hop przeplatany z popem z najgorszej półki. Wszystkiego jest tu za dużo, dźwięki nie lepią się ze sobą tak jak powinny. Zeus przekombinował. Mam nadzieję, że jest tego świadomy.
Ewelina Malinowska

Jakub Buszek

MUZYCZNE OSTATKI 2015 – część druga >>