Relacjeprzemek

Muzyka bez duszy

Relacjeprzemek

Muzyka bez duszy
Warszawa/10.01.2013

Relacja z koncertu Trust.

Kanadyjski duet wyszedł na scenę klubu 1500m2 o o godzinie 22, w postaci tria. Maya Postepski zajęła miejsce za syntezatorami, Robert Alfons stanął przed mikrofonem, a do towarzystwa mieli jeszcze perkusistę. Zagrali większość materiału ze swojego świetnego debiutu “TRST“. Taneczne kompozycje dopełnione mrokiem dobrze brzmiały w towarzystwie żywej perkusji, choć niedoskonałe nagłośnienie sprawiało, że sporo dźwięków zlewało się w intensywny łomot. Na szczęście intrygujący głos wokalisty był na ogół dość dobrze słyszalny. Zespół bawił się nieco brzmieniami, gdzieniegdzie modyfikując części składowe utworów, a to zabierając partie klawiszy, a to dodając dźwięki innego rodzaju niż w wersjach albumowych. Były to jednak na ogół zmiany dyskretne, tak, że większość prezentowanej muzyki brzmiała zgodnie z przyzwyczajeniami słuchaczy. Oprócz takich dancefloorowych władców jak “Bulbform” czy “Shoom” pojawiło się także nagranie “Divine” spoza albumu oraz jeden bliżej niezidentyfikowany, prawdopodobnie nowy utwór, niezbyt jednak ciekawy i raczej odstający od pozostałego materiału.

Zespół grał 45 minut, potem na bis dołożył jeszcze dwie piosenki. Fani nie doczekali się skandowanego “Candy Walls” (też mój ulubiony), drugiego bisu już nie było, przyszedł DJ i zaczął wyciągać swe winyle. Trust postanowili trzymać się rytmów mocno tanecznych i widocznie na nic spokojniejszego nie było według nich miejsca. Cały koncert nie był zbyt długi. Tańce były przyjemne – nie sposób do muzyki Trust ustać w miejscu, chociaż niektórym się to jakimś cudem udawało – głos Alfonsa nadal fascynujący, wszystko zagrane porządnie.

A jednak czegoś brakowało i nie chodzi o niedosyt spowodowany czasem trwania występu.

Ociekająca seksem i lateksem, ciężka od mrocznych brzmień i jednocześnie lekka od tanecznego kiczu muzyka Trust aż się prosi o jakąś kampową oprawę. O jakiegoś pretensjonalnego gota, jak na okładce “TRST”. Tymczasem na scenie widzimy ubranego na ciemno perkusistę, ładną panią za syntezatorami w białej bluzie i okularach oraz, w roli głównej atrakcji, chudego hipstera z wąsem. To nie jest przekonujące, kiedy swoim głosem krzyżującym Kermita z Curtisem wyśpiewuje ponure dyskotekowe hity. Wije się przy tym niczym właśnie Ian, co może jest trochę urocze, ale nadal nie sprawia, że jego występ staje się choć odrobinę autentyczny.

Pojawiły się nawet głosy jakoby Alfons śpiewał z playbacku. Jego dziwna barwa rzeczywiście prowokuje do takich podejrzeń, ale śpiew był na tyle nieidealny, że mimo wszystko ciężko w to uwierzyć. Rodzaj tego zarzutu świadczy za to o jednym – publiczności ciężko było ten występ kupić. Jakkolwiek się nim przejąć. Poświęcić mu więcej uwagi niż muzyce dobiegającej z odtwarzacza. Bo świetnie się tańczyło na koncercie Trust, ale żeby tańczyć do utworów z “TRST” wcale nie trzeba ściągać ludzi z Kanady do towarzystwa.

Artysta na scenie musi dać coś z siebie. Jeśli nie chce dawać siebie wprost, ma mnóstwo możliwości, jak zrobić to inaczej. Osobiście doradziłabym muzykom Trust strategię glamrockową – przesada, spektakularna sztuczność i zabawa tożsamością doskonale pasują do ich twórczości. Mogliby spróbować w tym kluczu odnaleźć coś swojego, kreację, która dopełni ich brzmienie. Na pewno bowiem potrzebują czegoś, co sprawi, że za dźwiękami znajdzie się coś jeszcze, dzięki czemu na ich koncerty będzie można wybierać się drżąc z niepokoju i podekscytowania, a po powrocie z dzikim entuzjazmem opowiadać o nich wszystkim znajomym. Jak na razie – za trzy dychy spoko.

Katarzyna Borowiec