Myslovitz – “Nieważne jak wysoko jesteśmy…”

Myslovitz – “Nieważne jak wysoko jesteśmy…”
EMI Music Poland / 2011

Choć początkowo nowy album Myslovitz może nie wzbudzić takiego zainteresowania, to po kilku przesłuchaniach jest już jasne, że kwintet z Mysłowic sukces ma w genach.

Zespół Myslovitz przez lata wypracował sobie pozycję jednego z najmocniejszych przedstawicieli polskiego rocka. Gdzie smutny britpopowy akord, głośne i wysokie tony Artura Rojka zabrzmiały, tam robiły furorę. Teraz minęło pięć lat od czasów “Happiness Is Easy”, które w moim przekonaniu było albumem bardzo średnim i naciąganym. Muzycy zdążyli w tym czasie zrobić sobie roczną przerwę, wydać książkę wywlekającą wszystkie zespołowe brudy oraz zaangażować się w kilka pobocznych projektów. Czy po takich perypetiach Myslovitz był w stanie obronić swoją pozycję “naczelnych muzycznych smutasów narodu” i wyjść z tarapatów za pomocą najnowszego krążka “Nieważne jak wysoko jesteśmy…”?

Od samej nawet okładki można spodziewać się, że nie będzie to (jak zwykle) album wesoły. Rowerzysta jadący na welocypedzie, zaliczający tzw. “konkretną glebę”, może stanowić metaforę tego, co znajdziemy na płycie. W końcu mysłowicki kwintet od zawsze, z właściwą dla siebie wrażliwością, opisywał ciemną stronę życia, jego brudy, bóle, krew, pot i łzy. Więc i tym razem najnowszy longplay grupy otwiera przed nami nowe, mroczne terytoria, oczywiście wszystko okraszone aurą tajemniczości, poetyckości.

Muzycy zgrabnie podzielili się rolami przy tym albumie. Każdy z nich miał tu spory wkład w “Nieważne jak wysoko jesteśmy…”, ponieważ każdy miał swoje pomysły na melodie i teksty. Nie ma w tym przypadku osób, które przewodziły stworzeniu tej płyty. Taka praca zespołowa ma jednak swoje dobre i złe strony. Czasem teksty wyśpiewywane przez Rojka mają mocno grafomański charakter. Z pozoru przewrotne i wciągające, często rażą swoim nadmiernym upoetycznieniem i czasem brzmią po prostu śmiesznie, jak w przypadku singlowego “Ukryte”, gdzie słaba melodia z brzydkimi partiami klawiszy zostaje całkowicie uśmiercona poprzez quasi-liryk. Z drugiej strony zdarzają się pomysły, które w ciekawy sposób opisują rzeczywistość. Album jest przeładowany nawiązaniami do wielu wątków popkultury, świadczą o tym chociaż tytuły, filmowe “Efekt Motyla”, “21 gramów”, nawiązania do twórczości Krzysztofa Komedy w “Srebrnej Nitce Ciszy” czy Philipa Rotha w “Przypadku Hermana Rotha”. Do tego zdarzają się tematy, które słyszymy w mediach: zaginięcia osób nam bliskich, eksperymenty młodych z użyciem leków w celu wywołania odlotu, wojny kibiców. Taki liryczny eklektyzm daje uniwersalny wydźwięk na wiele spraw dotyczących nas wszystkich, oczywiście w stosownej dla Myslovitz smutnej, niemal tragicznej aurze.

Myslovitzowy teamwork opłacił się jednak w kwestii melodii. Od potężnego uderzenia gitar w “Skazie” przez akustyczną “Srebrną Nitkę Ciszy” kończąc na dość eksperymentalnych wywodach przywodzących melodykę Radiohead, jak jest to w przypadku “Efektu Motyla”. Dużo dała im produkcja albumu w wykonaniu Marcina Borsa, który potrafił wyłuskać odpowiednie brzmienie, wysunął naprzód właściwe tony i sprawił, że płyty słucha się z przyjemnością. Zdarzają się naleciałości producenckie kojarzące się z Pogodno czy Mjut, niemniej jednak Bors wykonał kawał dobrej roboty jako motywator Myslovitz do stworzenia ciekawych i dobrze brzmiących numerów. To się ceni, gdyż widać, że kwintet wyrósł z typowych britpopowych zagrywek i stara się odkryć nowe możliwości tworzenia kompozycji niż standardowe zwrotka-refren w akompaniamencie czterech akordów.

Jest to album, który z początku ciężki do przyjęcia, po chwili wchodzi w słuchacza, jak nóż w masło. Są tu ciekawe melodie, porządne teksty i świeżość w brzmieniu. Sądzę, że nawet jeśli zespół nagrałby pięciopłytową składankę coverów Merzbowa, sprzedałby się bardzo dobrze. Więc pozostaje się cieszyć, że Myslovitz wybrało taką drogę powrotu, bo po długiej podróży dotarli jednak do miasteczka Sukces.

Kuba Serafin