Relacjeprzemek

Na żywioł

Relacjeprzemek

Na żywioł
Kraków/7-10.12.2017

Relacja z 18. Festiwalu Filmu Niemego w Kinie pod Baranami.


Tegoroczna edycja Festiwalu Filmu Niemego odbyła się pod hasłem “Żywioły” odnoszącym się nie tylko do sił przyrody, ale także mrocznych mocy drzemiących w ludzkiej naturze.

Seanse rozpoczęły się w czwartek, 7 grudnia, od “Halki” w reżyserii Konstantego Meglickiego. Film z roku 1929 został niedawno odrestaurowany – co było prawdziwym wyzwaniem dla Filmoteki Narodowej, która zajmowała się 0wym odnowieniem. “Halkę” złożono na nowo z różnorodnych materiałów z dwóch różnych wersji filmu – niemej oraz udźwiękowionej. Nową ścieżkę dźwiękową, wykorzystującą także fragmenty muzyki z 1932 roku przygotował Jerzy Rogiewicz. Efekt pracy jest olśniewający – przedwojenna adaptacja opery Stanisława Moniuszki prezentuje się na ekranie znakomicie, choć sama melodramatyczna historia na wskroś potępionej głównej bohaterki, którą romans z osobnikiem wyjątkowo podłym prowadzi do zagłady (nawet dziecko nie może przeżyć swego pochodzenia z nieprawego łoża). Na uwagę zasługują za to z pewnością pięknie sfilmowane Tatry. Muzyka, wykorzystująca fragmenty starej ścieżki, po których niezbicie słychać, że są stare, robi niesamowite wrażenie – jak dobywający się gdzieś z przeszłości upiór wspaniale ubarwiając tę czarn0-białą historię.

Pokaz inauguracyjny wyjątkowo odbył się w innym miejscu – w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Obejrzeliśmy tam film Marcela L’Herbiera “Człowiek otwartych przestrzeni” z akompaniamentem grupy Księżyc na żywo. Film opowiada historię kuriozalną ze współczesnego punktu widzenia, ale spójną z duchem epoki kina niemego, w której ludzkie namiętności igrają bohaterami w bezlitosny sposób. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj forma – nie tylko piękne ujęcia wzburzonego morza, ale przede wszystkim bardzo ciekawe zastosowanie przeróżnego rodzaju winiet i współgrające z emocjami bohaterów wirażowanie. Muzyka Księżyca podkreślała ponury klimat opowieści, dodając do niej mistyczne pobrzękiwania, dźwięki intrygujące i urzekające. Spod ekranu zabrzmiał akordeon, syntezatory, wiele przeróżnych małych instrumentów, słychać było także głos, który wprowadzał dodatkową melancholię do tej lirycznej ścieżki dźwiękowej.

Białe zimno

Piątek – według organizatorów zbiegiem okoliczności – upłynął pod znakiem śniegu i lodu. Zaczęliśmy od filmu “Great White Silence”, który wspominam z pierwszej edycji tego festiwalu, w której miałam okazję uczestniczyć. Tym razem obejrzeliśmy wersję bez muzyki na żywo – udźwiękowioną. Za nową oprawę muzyczną odpowiada Simon Fisher Turner, kompozytor, który stworzył także m.in. nową ścieżkę dźwiękową do innego filmu niemego na temat mroźnych wypraw – “The Epic of the Everest”. Muzyka do filmu o wyprawie Scotta na biegun południowy powstała trzy lata wcześniej, w roku 2010 (ciekawostka: gdy na ekranie widać namiot, w którym zakończył życie przywódca ekspedycji, w ścieżce dźwiękowej wybrzmiewa cisza – nagranie z jedenastej minuty jedenastej godziny 11 listopada 2010). To piękne, ambientowe dzieło, pełne minimalistycznych struktur, które idealnie podkreślają polarne krajobrazy. Turner nie podszedł do tematu jednak tak jak Pleq, i obok dźwięków smutnych, samotnych, mamy np. wstawki z banjo podkreślające wątki humorystyczne. Najpiękniejszym momentem jest chyba jednak pieśń załobna, którą zaśpiewał Alexander L’Estrange.

Drugimy piątkowym filmem było “Białe piekło na Piz Palu”. Fabuła w filmie Arnolda Francka i Georga Wilhelma Pabsta z 1929 jest tylko pretekstowa – para zakochanych przebywa w górach i postanawia towarzyszyć doktorowi Johannesowi Kraftowi we wspinaczce na szczyt góry od północnej strony. Doktor jest zrozpaczony utratą żony, cała grupa została ostrzeżona, że to najgorszy dzień do wspinania się, Leni Riefenstahl beztrosko hasa po śniegu bez czapki, od razu wiadomo, jak to się skończy. Niemniej zdjęcia przedstawiające potęgę lodowego górskiego królestwa są naprawdę przepiękne. Do tych obrazów zagrał duet Pin Park - dwóch Maciejów, którzy lubują się w syntezatorach analogowych. Ich dźwięki pozornie kłócą się z aurą górskiego niebezpieczeństwa, ale do dramatycznych min bohaterów pasowały całkiem elegancko.

Finałowa projekcja drugiego dnia festiwalu to absolutny klasyk kina niemego – “Nanuk z północy” Roberta Flaherty’ego, teoretycznie dokument, w praktyce bardzo inscenizowany, ale jednak pokazujący wiele ciekawych aspektów z życia Eskimosów, nawet jeśli niekoniecznie dotyczących filmowanych czasów. Tym razem za muzykę odpowiedzialny był Jacaszek. Najmężniejszy eskimoski myśliwy prezentował więc swe umiejętności w akompaniamencie szelestów, szmerów i poświstów, mrocznych elektronicznych pobrzękiwań. Nadało to dokumentowi bardzo ciekawy oddźwięk – łatwiej było zajrzeć głębiej, poza zabawne anegdoty inscenizowane przez reżysera, dojrzeć trudy i znoje życia pełnego głodu i niebezpieczeństw oraz oszustwa białego człowieka.

Coś starego, coś nowego

Festiwal Filmu Niemego to głównie filmy z początku ubiegłego wieku – ale nie tylko. W tym roku spośród współczesnych filmów niemych zobaczyliśmy efekt sześcioletniej pracy Bogusława Kornasia i Grzegorza Stokłosy. Panowie pracowali nad filmem sześć lat – i za stronę wizualną dzieła z pewnością należy im się uznanie. Podczas spotkania po seansie zdradzili także, że największy budżet miała muzyka, co też podczas projekcji słychać i czuć. Świetna ścieżka dźwiękowa zgrabnie lawiruje pomiędzy delikatnymi uderzeniami w gitarowe struny a mocniejszym rockowym uderzeniem w newralgicznych momentach, zbaczając niekiedy w liryczne rejony smyczkowe. Maniacy kina niemego z pewnością będą dobrze się bawić oglądając “Todmachine”, film, który jest spleciony z kultowych motywów i utkany z portretów gwiazd tamtej ery.

Pierwszy sobotni seans z muzyką na żywo to “Powódź” – ostatni film Louisa Delluca, który kosztował go życie (reżyser zmarł wskutek zapalenia płuc, którego nabawił się podczas realizacji dzieła w czasie prawdziwej powodzi). Liryczna, wzruszająca historia odrzuconej miłości, współczucia i poświęcenia oprawiona była delikatną muzyką Stefana Wesołowskiego. Muzyk grał na skrzypcach, doprawiając ich poruszające brzmienie onirycznymi ścieżkami emitowanymi z laptopa marki Apple.

“Ziemia” Aleksandra Dowżenki ilustruje żywioł… rewolucji socjalistycznej. To dzieło propagandowe, ale nie warto patrzeć na nie tylko z tej perspektywy, można bowiem łatwo przegapić jego uniwersalne piękno. Pod płaszczykiem propagandy kryje się bowiem opowieść o tytułowej ziemi – o miejscu człowieka w świecie, przemijaniu, dojrzewaniu, zataczaniu koła. Do tego filmu pełnego kadrów niezwykłej urody zagrało trio Bastarda, czyli jeden z wielu projektów Pawła Szamburskiego, który tym razem wziął do rąk klarnet. Dołączyli do niego: Tomasz Pokrzywiński na wiolonczeli oraz Michał Góczyński na klarnecie basowym. Trio wyczarowało z tych instrumentów idealną ścieżkę dźwiękową, falującą niczym łany zbóż na Ukrainie.

Miłość ci wszystko wybaczy

Ostatni dzień festiwalu zaczęłam od filmu “Bracia Lumiere”. To zestawienie 108 filmów braci Lumiere, pięćdziesięciosekundowcyh fragmentów otaczającej rzeczywistości, czasem dokumentalnych, często inscenizowanych, niekiedy fabularyzowanych. Zestawienia dokonał Thierry Fremaux, miłośnik wynalazców kinematografu, który zbiór opatrzył uroczym komentarzem, pełnym miłości do kina oraz humoru. To przepiękna podróż do początków, podczas której zobaczymy najsłynniejsze filmy braci w fantastycznej formie po renowacji oraz sporo nowoodkrytych perełek.

Prawdziwą perełką była także “Bezwstydna kobieta” w reżyserii Malcolma St. Claira (1925) – wyśmienita komedia z Polą Negri w roli głównej, do której zagrał Piotr Zabrodzki. Muzyk zagrał klasycznie – niczym rasowy taper mieszał motywy klawiszowe perfekcyjnie podkreślając każdą zmianę nastroju, od niewinnych żartów przez liryczną czułość po niepokojące zwroty akcji i rozjuszoną finalną furię.

Stali goście festiwalu, zespół, który zaistniał właśnie z powodu występowania na tym wydarzeniu, Semi-Invented Trio zagrali w tym roku do znakomitego filmu Friedricha Wilhelma Murnaua, “Wschód słońca” (1927). Przepiękną opowieść o miłości i przebaczeniu udało im się uroczo podkreślić skrzypcowymi melodiami i liryczną grą na klawiszach. Niezgorzej poradzili sobie panowie także ze scenami o humorystycznym czy tajemniczym zabarwieniu.

Finałowy seans to kolejne wielkie dzieło – “Wicher” Victora Sjostroma, do którego muzykę na żywo zagrał zespół Lonker See. Członkowie tego projektu pochodzą z Trójmiasta i grają “przestrzenne formy na pograniczu jazzu i space rocka”. Takie brzmienia idealnie pasowały do artystycznej wizji rozbuchanego żywiołu powietrza, który w filmie Sjostroma gnębi główną bohaterkę, Letty. Jej zmagania z nieokiełznanym wichrem zilustrowane muzycznym gitarowym krajobrazem robiły jeszcze większe wrażenie. Mocna, otwierająca przestrzeń ścieżka dźwiękowa idealnie pasowała do tej porywającej opowieści o emocjonalnej burzy.

Warto także pamiętać o tym, że Festiwal Filmu Niemego to oprócz wymienionych wyżej seansów również tradycyjne after party w klubie Betel (w tym roku można tam było zobaczyć nieme krótkie metraże na temat Krakowa) oraz część dla dzieci – tzw. Baranki, warsztaty, podczas których mali goście mogą nauczyć się czegoś o filmie i o muzyce. W tym roku niewątpliwą atrakcją był także seans niemych erotyków, jak głosiła festiwalowa ulotka “odkrytych na strychu pewnej szanowanej rodziny”. Warto się dać porwać takim żywiołom.

Katarzyna Borowiec