Relacjeprzemek

Nawet w pornobiznesie mi nie wyszło…

Relacjeprzemek

Nawet w pornobiznesie mi nie wyszło…
Warszawa/10.05.2013

The Residents w Centralnym Basenie Artystycznym.

The Residents to zespół, któremu przez czterdzieści lat muzycznej kariery udało się utrzymać anonimowość. Istnieje kilka teorii na temat, kim w rzeczywistości są, ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Tajemnicza otoczka dopełnia ich twórczość, której istotą jest dekonstrukcja muzyki popularnej, także w wymiarze występów scenicznych i samych wykonawców. Ich koncerty to coś na kształt teatru czy performansu – średnio co dwa utwory wokalista opowiada publiczności historie, całości towarzyszy starannie dobrana scenografia.

W tym roku grupa obchodzi czterdziestą rocznicę działalności w trasie koncertowej zatytułowanej “The Wonder of Weird”. Scenografię stanowi nadmuchiwana ozdoba bożonarodzeniowa, a wokalista (Randy) ubrany jest w strój Świętego Mikołaja (choć bez czapki czy brody). Ponieważ postać Randy’ego, którą fani The Residents mieli okazję poznać trzy lata temu podczas trasy “Talking Light”, przypomina najbardziej cyrkowego klowna na emeryturze, jego połączenie z Mikołajem jest wyjątkowo perwersyjne. Pozostali członkowie zespołu – wcielający się w postaci o imionach Chuck i Bob – mieli na sobie znów czarne maski, z których wystawały dready, przy tym pierwszy, zajmujący się elektroniką, miał na sobie sweterek z motywem prezentu (typowy upominek od babci do znalezienia pod choinką), a drugi, gitarzysta, brokatowy smoking.

Randy opowiadał elementy historii zespołu – trudno stwierdzić, ile z nich stanowiły fakty, a ile konfabulacje… – pomagając sobie nadrukami na frontach od koszulek, których miał na sobie chyba około piętnastu. Stopniowo zdejmował je z siebie, do każdej mając jakąś interesującą opowieść. Na uwagę zasługuje zwłaszcza wspomnienie Snakefingera, czyli Philipa Charlesa Lithmana, który współpracował z The Residents na początku ich kariery, jak również stwierdzenie, że ich niesamowicie popularne przebranie, czyli wielkie gałki oczne jako maski, sprawiały im dużo problemów, ponieważ nie było w nich nic widać i nie dało się oddychać.

Zanim zaczniemy, musimy sobie odpowiedzieć wszyscy na jedno ważne pytanie… – rozpoczął koncert Randy, śpiewając następnie Is everybody ready for the picnic in the jungle? I koncert rzeczywiście przypominał nieco piknik w dżungli – był równie dziwny. Opowieści o historii zespołu wokalista przeplatał anegdotami z prywatnego życia. Seksistowskie żarty dotyczące groupies, które uprawiają z muzykami seks oralny zostały obnażone jako przechwałki w momencie, kiedy Randy opowiedział o swojej przygodzie w pornobiznesie, prezentując publiczności swego sztucznego penisa. The Residents zaprezentowali się w konwencji ciężkiej groteski, konfundującym przemowom Randy’ego, który przy tym perfekcyjnie odgrywał postać starego, obleśnego dziadka, z ledwością przypominającego sobie, co miał powiedzieć, gubiącego wątki i znikającego ze sceny ku zdumieniu pozostałych muzyków towarzyszyły niemniej dziwaczne utwory grupy, oparte na wyrazistych rytmach, okraszone pokraczną elektroniką i wspaniałymi, hałaśliwymi partiami gitary.

Usłyszeliśmy przekrój z dyskografii The Residents, która liczy sobie obezwładniająco wiele albumów – jeśli ktoś zna ją na wyrywki, żywię szczery podziw. Pojawiły się utwory z “The Commercial Album”, a także piosenki o zagubionym transseksualiście czy o romansie karła z gigantem, którzy uprawiają ostry seks. Na koniec Randy spektakularnie załamał się z powodu życiowych niepowodzeń, a razem z nim upadła, chociaż bardziej dosłownie, scenografia. Na bis pojawiła się za to nowa – wielka biała choinka w kolorowe kropki, z okiem w cylindrze na szczycie. Salę koncertową opuszczaliśmy przy dźwiękach We Wish You a Merry Christmas.

Widowisko było fascynujące, chociaż mroczno-zabawne opowieści podczas Talking Light Tour miały ciekawszy klimat. Zaskakiwała warszawska publiczność, wyraźnie nieprzygotowana na to, co ma zobaczyć – niektórzy próbowali podejmować dialog z Randym, najwyraźniej odczytując jego monologi jako spontaniczne zachowanie. Otóż nie, wokalista odgrywa ten sam schemat podczas wszystkich koncertów na trasie, wszystkim pokazuje zdjęcie swego życiowego partnera, kota Maurice’a i nie ma większego sensu próba nawiązania dialogu. Występy The Residents to zaplanowane spektakle.

Nie polecałabym również przyprowadzania na nie dzieci… W Basenie pojawił się co najmniej jeden ojciec z córką wyglądającą na mniej więcej osiem lat – święta Bożego Narodzenia już nigdy nie będą dla niej takie same. Co ciekawe, motyw dziecka, które po koncercie The Residents nie powróci do normalności, pojawia się również w zagranicznych relacjach. Dlaczego rodzice to robią? To chyba podobna zagadka jak tożsamość zespołu.

Katarzyna Borowiec