Nicki Minaj – “Pink Friday: Roman Reloaded”

Nicki Minaj - “Pink Friday: Roman Reloaded”
Young Money Entertainment/Universal Republic/2012

O co tutaj chodzi?

Nicki Minaj to w ostatnich miesiącach jeden z najgorętszych (nie chodzi o urodę!) towarów popkultury. Nowa płyta i pojawienie się wśród gości na albumie Madonny znacznie podbiło piosenkarce popularność. Zwłaszcza ten drugi element może stanowić pewną nobilitację. Z drugiej strony poziom “MDNA” budzi spore wątpliwości i jednocześnie daje podstawy do tego, by stwierdzić, iż królowej popu korona z głowy chyba się zsunęła. Nicki Minaj do roli spadkobiercy tronu bardzo daleko i nawet nie ma po co podejmować walki, bo są po prostu lepsze kandydatki.

Nicki Minaj czerpie swoje inspiracje z hip-hopu, disco i młodzieżowego popu. Rezultat ustawia ją jednak wśród tych gwiazdeczek, których nie broni twórczość, ale raczej obrazoburczość. Do tego oczywiście można dorobić ideologię. Minaj posiada bowiem kilka twarzy, a jedną z nich jest niejaki Roman Zolanski stanowiący demoniczne oblicze piosenkarki. Nie ma sensu wnikać w to głębiej, ale pozwolę sobie na podobne “bajdurzenie”: być może posiadam jakieś nieodkryte drugie “ja”, które zachwyciłoby się “Pink Friday: Roman Reloaded”, ale wydaje mi się, że trudno byłoby się do niego dokopać. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek entuzjastycznie zareagował na “Smerfne hity” czy Crazy Froga. Z taką twórczością kojarzy mi się bowiem w wielu momentach Nicki Minaj.

Roman Rogowiecki może w nieskończoność powtarzać, że najlepsze płyty to składanki, ale do tej opinii jest mi niezwykle daleko. Nicki Minaj proponuje właśnie tego typu strategię, a ja jej nie potrafię zrozumieć. Część utworów ma charakter stricte hip-hopowy, potem pojawiają się przeboje z chamskim podkładem niby-techno, a jeszcze w innych momentach słychać aspiracje do tworzenia przebojów pop. Czasami brzmi jak Lady Gaga (“Beautiful Sinner”), a czasami jak Avril Lavigne (“Marilyn Monroe”, “Young Forever”). Wrażenie mętliku dopełniają także zaproszeni goście (m.in. Chris Brown, Lil Wayne), którzy nie proponują nic zwracającego uwagę. W całym tym bałaganie jest jednak utwór, który sprawia, iż całkowicie płyty skreślić nie można. Singlowy “Starships” przy odrobinie dobrej woli naprawdę potrafi ruszyć.

Kwestią dyskusyjną pozostają teksty. Naprawdę w żaden sposób nie jest w stanie zachęcić mnie powtarzane co chwilę słowo “bitch” czy sformułowania w stylu: “If you weren’t so ugly, I’d put my dick in your face”. Przerabialiśmy już to tyle razy, iż chyba się przyzwyczailiśmy, że tak można.

“Pink Friday: Roman Reloaded” to nie jest płyta beznadziejna, ale zbyt długa (wersja podstawowa to 19 utworów), nieprzemyślana, nużąca, nie urzekająca, zbyt mało przebojowa. W konsekwencji chyba można o niej szybko zapomnieć, zignorować lub zakupić sobie singiel.

Michał Stępniak