“Nie lubię rutyny na scenie” – wywiad z Rangleklods

“Nie lubię rutyny na scenie” – wywiad z Rangleklods

Z Esbenem Andersenem kryjącym się pod nazwą Rangleklods rozmawiamy o tym, czego szuka w występach na żywo, jak rodzą się pomysły na piosenki, jakie brzmienie go teraz fascynuje, a także, czemu Rangleklods to już nie tylko on sam.

Michał Wieczorek: Czy Rangleklods cokolwiek znaczy?

Esben Andersen: Nie.

A jak w takim razie powinien być wymawiany?

Ty robisz to całkiem nieźle, może tylko brakuje trochę “s” na końcu, ale tak naprawdę jest mi wszystko jedno, jak ludzie wymawiają Ranglekl0ds. O taką dowolność mi chodziło, gdy wymyślałem tę nazwę.

W jednym z wywiadów mówiłeś, że grałeś wcześniej w kilku zespołach.

Tak, pierwszy z nich założyłem z szkolnymi kolegami w siódmej klasie. Graliśmy bardzo naiwne rockowe, melodyjne piosenki. Potem był zespół mocno inspirujący się Muse, jakieś siedem czy osiem lat temu. Po jakimś czasie zmęczyło mnie takie granie. Co tam jeszcze? A, wiem, grywałem bossa novę, naprawdę! Mocno się wkręciłem w taką muzykę. Był też folkowy projekt w stylu Simona i Garfunkela. W końcu odkryłem, co może zrobić komputer i od tamtej pory chciałem pracować sam ze sobą.

Komponujesz jedynie na komputerze?

Tak. To znaczy, każda piosenka zaczyna się od czegoś innego. To nie jest tak, że zawsze na początku komponuję ścieżkę bębnów, piosenka może zacząć się od czegokolwiek. To może być mikroskopijna idea albo brzmienie gitary, które mi się spodobało. Coraz mniej i mniej interesuje mnie budowanie piosenek wokół progresji akordów, a coraz bardziej budowanie dźwiękowego obrazu i podążanie za nim. Nie obchodzi mnie, czy cała piosenka jest w e-moll, zmiany akordów w muzyce rockowej są bardzo repetytywne, a tego nie chcę. W ciągu piosenki pojawiają się nowe dźwięki, nowe syntezatory, nowe brzmienia, barwy, nie zawsze wiem, co z tego wyniknie, ale to mnie najbardziej obecnie inspiruje.

Jakie jest twoje ulubione brzmienie?

Myślę, że na chwilę obecną będzie to UK garage albo lo-fi house. To, co ludzie nazywają obecnie housem nie jest nim, ale na szczęście obserwuję powrót do tego brzmienia Detroit i Chicago sprzed lat, co bardzo mi się podoba.

Próbowałeś nagrywać dźwięki z otoczenia?

W sumie tak. “Puzzlehead” zaczyna się od dźwięków spadających kropel wody w opuszczonym berlińskim budynku. Panował tam jakiś dziwny mikroklimat, choć wszędzie była ładna pogoda, zawsze w nim kapało. Przetworzyłem potem ten już mocno spogłosowiony dźwięk. Również utwór tytułowy zawiera nagranie rozmawiających ludzi. Nie tak łatwo je zauważyć, bo jest głęboko ukryty w miksie, ale na pewno dodaje coś do tej piosenki. Lubię przywiązywać uwagę do dźwięków w tle.

Dlaczego na scenie Rangleklods przekształca się z solowego projektu w duet?

Chciałem wnieść nową dynamikę do występów Rangleklods. Zarówna dla własnego dobra, jak i publiczności. Mam z kim i czasem przeciw komu grać, mogę zrobić coś nieoczekiwanego i obserwować, jak Pernille (Smith-Sievertsen – przyp. red.) na to reaguje i odwrotnie. Taka dynamika na scenie wiele wnosi do występów. Poza tym to też sprawia, że materiał, który gramy jest ciągle dla mnie interesujący i żywy. Dajemy teraz dużo koncertów, planujemy, by było ich jak najwięcej w przyszłości i nie chcę, by wkradła się nuda i rutyna. Chcę zmieniać coś co wieczór.

Jednak ciągle używasz wcześniej nagranych ścieżek.

Tak, ale sposób w jaki z nich korzystam polega na tym, że jest oddzielna ścieżka z perkusją i druga dla pozostałych instrumentów. To znaczy, że mogę nakładać efekty na nie oddzielnie albo różne w tym samym czasie. Mogę zacząć piosenkę od bębnów albo innych instrumentów. Może się wydawać, że poleganie tylko na jednej ścieżce w stereo jest bardzo proste, ale oddzielenie bębnów otwiera naprawdę dużo możliwości. Zagrałem sporo koncertów w taki sposób i nadal jest to interesujące. Mam mnóstwo różnych efektów, które mogę na siebie nakładać, więc piosenka brzmi inaczej za każdym razem. Czasem nawet sam jestem zaskoczony, co z tego wychodzi.

Na razie gramy tylko na syntezatorach i zastanawiamy się, jakich jeszcze instrumentów używać na scenie. Pewnie wrócę do grania na gitarze, ale nie we wszystkich piosenkach. Razem z Pernille myślimy o zbudowaniu zestawu perkusyjnego ze złomu i innych takich śmieci. Jest też plan, by przekształcić w dalszej już przyszłości Rangleklods w zespół, ale na razie nie mam pieniędzy, by opłacać więcej muzyków.

Już ciągle mówisz “my” o Rangleklods.

To dlatego, że mam wrażenie, że Rangleklods jest czymś więcej niż tylko projektem solowym. Mam bardzo bliskie relacje z managerem, jest Pernille, do tego ludzie z wytwórni i studia nagraniowego, byłoby to niesprawiedliwe, gdybym cały czas mówił “ja”, skoro jest zaangażowanych więcej ludzi. Razem tworzymy coś na kształt rodziny. Lubię być szefem, ale wolę takie partnerskie relacje niż zarządzanie “firmą”.

Myślałeś o nagraniu albumu koncertowego?

Jeden koncert jest już nagrany, z Roskilde, gdzie nam się dobrze grało, ale myślę, że chciałbym dla pewności nagrać jeszcze jeden w przyszłości i zapewnić mu najlepszą możliwą jakość. To zupełnie inna strona mojej działalności, nagranie ze studia, którego możesz posłuchać z domu nie jest dokładnie tym, co chcę zaprezentować na scenie. Chcę, by ludzie na koncercie myśleli “to coś innego niż się spodziewałem”. Nie interesuje mnie zagranie idealnego koncertu, znudziłoby to mnie i publiczność.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Pracujemy już nad nowymi piosenkami, chcę je wydać najszybciej, jak się da, a nie spędzić nad nimi zbyt dużo czasu. Nie podoba mi się standard dwuletnich przerw między płytami, lubię siedzieć w studiu, ale pod presją czasu, wtedy wychodzą mi najlepsze rzeczy. Poza tym koncerty, koncerty, koncerty i jeszcze raz koncerty. Chcemy dotrzeć do publiczności w Niemczech i okolicznych krajach, jak Holandia czy Polska. Na razie skupiamy się na tym terytorium.

rozmawiał Michał Wieczorek
wywiad przeprowadzono na Europejskich Targach Muzycznych Co Jest Grane

photo by Helena Lundquist