Relacjeprzemek

Nieznane lądy i zimne kadry

Relacjeprzemek

Nieznane lądy i zimne kadry
Kraków/6-7.12.2014

Relacja z dwóch ostatnich dni Festiwalu Filmu Niemego.

Festiwalowa sobota w Kinie Pod Baranami rozpoczęła się o godzinie 16:00 od pokazu pod patronatem Instytutu Francuskiego. Obejrzeliśmy “Montparnasse” Eugene Deslawa, impresję na temat Paryża, “Mijają godziny”, czyli piękny, poetycki dokument Alberto Cavalcantiego oraz “A propos Nicei” niezwykle zdolnego Jeana Vigo. Wszystkim trzem filmom towarzyszyła ścieżka dźwiękowa od tria Konarski & Chytrzyński & Berny - skrzypce, perkusja oraz klawisze. Ich wspólne wysiłki zaowocowały przyjemnym, dopasowanym do filmów podkładem dźwiękowym, w którym smyczki wspierały liryzm, klawisze żonglowały motywami, a perkusja dostarczała stosownych rytmów.

Dwie godziny później oglądaliśmy dzieło legendy kina dokumentalnego – Roberta Flaherty’ego. Grali Hatti Vatti oraz Stefan Wesołowski. I tu wydarzyło się coś niezwykłego. Ponura elektronika i zawodzące skrzypce sprawiły, że biszkopciki ze smalcem, harcujące małe Eskimoski oraz niekończące się wyłażenie z kajaka przestały być takie zabawne. Na pierwszy plan wybijały się trudy życia pośród śniegu oraz, mniej dostrzegalne podczas zwykłego seansu tego filmu, okrucieństwo polowań. Podczas pierwszego oglądania w pamięć zapadły mi zabawne scenki oraz chwila, gdy za focze skóry bohater dostaje koraliki. Tym razem największe wrażenie zrobiła na mnie scena wyławiania z wody morsa – w pewnym momencie jego partner (czy tam partnerka) płynie mu na ratunek, ale zwierzę nie ma szans w tym pojedynku z człowiekiem. Taki to był zaskakujący seans, dzięki któremu z “Nanuka” wyszło parę nowych szczegółów.

“The Epic of Everest” widziałam po raz pierwszy – w tym roku na festiwalu były aż dwa filmy o – mniej lub bardziej – tragicznych wyprawach w nieprzyjazne, śnieżne krainy. Bardzo ładnie wpisuje się to w klimat ciemnego i zimnego grudnia, choć w tym roku szczęśliwie póki co obywamy się bez śniegu. Wyprawie na najwyższą górę świata towarzyszyły dźwięki produkowane przez Karpaty Magiczne, czyli niezwykłe brzmienia instrumentów, śpiewy gardłowe i wokalizy Anny Nacher. Całość znakomicie wpisywała się w opowieść o Tybecie, majestatycznej sile natury i smutnym końcu wyprawy.

Niewiele osób zdecydowało się obejrzeć ostatni film – “Wielką powódź”. Seans zaplanowano na 23:00, było jeszcze lekkie opóźnienie – taka pora i monotonna muzyka towarzysząca obrazom powodzi nie sprzyjały oglądaniu. Poddałam się po sekwencji poświęconej katalogowi z produktami.

W niedzielę tradycyjnie oglądaliśmy Kraków sprzed stu lat. Zbiór filmów jest od trzech lat ten sam, ale niezmiennie przyjemnie się go ogląda, tak samo jak miło jest słuchać tradycyjnego taperskiego grania w wykonaniu Lesława Lica. I tym razem słyszeliśmy mieszankę motywów, od muzyki klasycznej, przez biesiadę i śpiewki żołnierskie, aż po piosenki popularne, dopasowanych do tego, co działo się na ekranie.

Najpiękniejszym filmem na całym festiwalu był “Człowiek z kamerą filmową”, dokument Dzigi Wiertowa, znajdujący się na liście moich najukochańszych dzieł. Również zespołowi kIRK udała się ta sztuka, co duetowi Hatti Vatti & Wesołowski. Arcydzieło Wiertowa z transowymi rytmami, dzięki którym kadry zdały się układać w opętańczy taniec, i zawodzeniami trąbki, było nieco bardziej mroczne, ale niemniej zachwycające. Wciągający puls życia.

Zwieńczeniem festiwalu był film “South” o wyprawie Shackletona na Antarktykę. Nie sposób nie porównywać go z “Wielką białą ciszą” sprzed dwóch lat – ten film zdecydowanie zrobił na mnie największe wrażenie ze wszystkich niemych filmów z muzyką na żywo, jakie zdarzyło mi się oglądać. Tym razem mieliśmy, osiągnięty z trudem, ale jednak happy end. Choć statek został zmiażdżony przez lód, członków ekspedycji udało się uratować. Zanim jednak dowiedzieliśmy się, jakie będą losy rozbitków, pomiędzy narrację od wypłynięcia do ostatecznej straty statku a chwilę wyratowania wpleciono opowieść o antarktycznej faunie – ptakach, fokach i ciętych na tłuszcz wielorybach. Ścieżka dźwiękowa była klimatyczna jak od Karpat Magicznych – również pełna dziwnych zaśpiewów, intrygujących instrumentów. Grał zespół Pathman.

Gdzieś w międzyczasie był tort na piętnastolecie i lampka szampana, wino po seansie francuskim i mapping na dziedzińcu Pałacu pod Baranami, czyli piękne świetlne widowisko z muzyką Stealpot, inspirowane wyświetlanymi filmami. Festiwal Filmu Niemego jest uroczy i pełen świetnych doznań – a przyszłoroczna edycja już w trakcie szykowania.

Katarzyna Borowiec